Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antropologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antropologia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 grudnia 2013

Spowiedź utylitarysty

Wczoraj zmarł Kałasznikow, w wieku lat 94. Tak się zastanawiam, która deadly toy miała większe konsekwencje dla skuteczności genocydów - atomówka Oppenheimera, czy AK-47 Kałasznikowa. Nie baw się synku żołnierzami ... nie baw się więcej kulą ziemską. Homo ludens może realizować się na tyle innych sposobów.

Michaił Kałasznikow

A i ja się zastanawiam, jakie konsekwencje miały moje działania w życiu, moje zabawy. Intencje miałem dobre prawie odkąd pamiętam. Ale nie intencje się liczą, lecz efekty naszych działań. Intencje są oczywiście potrzebne, ale jeśli rozpatrywać je poza kontekstem religijnym, lub parareligijnym, mają zasadniczo charakter operacyjny, a nie praktyczny. Słowo potrzebne jest tu kluczowe.

Kiedyś pracowałem dla firmy ubezpieczającej między innymi zwierzęta hodowlane. W sali konferencyjnej, w centrum Oslo, powieszone tam były w ładnych ramach zdjęcia z rzeźni. Jakie konsekwencje dla cierpienia innych zwierząt mogła mieć tamta moja praca?

Robert Oppenheimer

Twórcy oprogramowania open source to często ludzie bardzo ideowi. Mają liczne dylematy, na przykład w jaki sposób zastrzec, by tworzone przez nich rozwiązania (np. system operacyjny Linux), nie były wykorzystywane do celów militarnych. By nikomu nie zaszkodziły. Obecnie prawie każdy nasz wybór ma charakter etyczny i polityczny. Tym bardziej dziwi, kiedy ludzie twierdzą, że nie mają się z czego spowiadać.

Spowiedź utylitarysty brzmi paradoksalnie. Nie ma nic wspólnego z samobiczowaniem się. Jest za to motywowana fundamentalną niezgodą na to, że mogłoby być lepiej, a jest gorzej. No i pytaniem czego nie zrobiłem żeby było lepiej, a mógłbym zrobić? Nie dla umartwiania i samokarcenia, jałowej samokrytyki, lecz dla przyszłości, w której można działać już inaczej.

Taka to garść refleksji na wigilię Narodzenia Pańskiego. Anno Domini 2013. Właśnie rodzi się nowe słońce. I dni coraz dłuższe.

środa, 11 grudnia 2013

Osoby pozaludzkie

Czarny śnieg, gorący lód, znajdziesz je w poezji, ale w świecie już niekoniecznie. To tak zwane oksymorony - zestawienia słów o przeciwstawnych znaczeniach, rzadko występujące w języku potocznym. Osoba pozaludzka też takim oksymoronem zrazu się jawi, ale nim nie jest.

Przez lata definiowano osobę w ten sposób, by z góry odróżnić osobniki naszego gatunku, od tych należących do innych gatunków zwierząt. Wymyślono więc mnóstwo kryteriów rozróżnienia, np. według zdolności:

  • używania narzędzi
  • wytwarzania kultury
  • posługiwania się językiem
  • myślenia abstrakcyjnego
  • posługiwania się językiem w sposób twórczy
  • samoświadomości
  • świadomości siebie w czasie

I jakby nie patrzeć, wyszło z czasem w badaniach, że niektóre inne niż my zwierzęta osobami są. Konsternacja, nieprawdaż? Susan Savage-Rumbaugh pokazuje szympansy bonobo jeżdżące melexami, rozpalające ogień, i grające w komputerowego pac-mana. Te małpy całkiem sporo na temat swego życia potrafią opowiedzieć alfabetem symbolicznym.

Dla wielu osób szokiem jest dziś informacja o szympansie czy gorylu pytającym z pomocą języka migowego o to, co stanie się z nim po śmierci, czy o sroce przechodzącej test na samoświadomość. Te informacje są niespójne z owym przesądem rozumu, głoszącym, iż jedynie ludzie są osobami. Pozostaje więc albo termin osoba odrzucić zupełnie (w biologii używamy określenia osobnik), albo jeśli uznać go za sensowny i definiowalny, to konsekwentnie przypisać go także przynajmniej niektórym innym zwierzętom.

Wielu ludzi popierających drugą opcję uważa równocześnie, że takie wnioski winny przekładać się na przyznanie szympansom, delfinom, słoniom, i wielu innym zwierzętom, nie tylko abstrakcyjnego statusu w filozofii moralności, ale także wymiernej osobowości prawnej. Za tym szłaby również ochrona podstawowych ich praw.

Kiedyś stworzono już taki precedens. W 1772 roku uznano prawo do obrony w sądzie niewolnika Jamesa Somerseta, a w konsekwencji konieczne stało się uznanie go za osobę, co doprowadziło do rychłego oswobodzenia. Odebrany wcześniej odgórnie status osoby zrównał Somerseta ze statusem innych zwierząt. Precedens przyznania niewolnikowi osobowości prawnej miał więc kluczowe znaczenie dla późniejszego zniesienia niewolnictwa w świecie Zachodu.

Wyzwolenie zwierząt, zniesienie ich niewolnictwa, jest dla wielu ludzi kolejnym etapem zabiegania o sprawiedliwość społeczną - a chcą oni działać maksymalnie skutecznie. Z tych względów grupa obrońców praw zwierząt działająca pod szyldem Nonhuman Rights Project przygotowywała się przez ostatnie 5 lat do przekonania władzy sądowniczej stanu Nowy York, że przetrzymywany w małej przyczepie szympans Tommy jest osobą. Na początku grudnia 2013 został złożony stosowny pozew.

Grupa skupiona wokół Nonhuman Rights Project planuje w ciągu najbliższych 10-20 lat doprowadzić do podobnych precedensowych procesów sądowych na rzecz innych naczelnych, waleni, słoni, ptaków. Z pewnością ożywi to debatę publiczną na ten temat. W Indiach doprowadzono do zakazu niewolenia waleni w parkach rozrywki właśnie posiłkując się odwołaniem do kategorii osób pozaludzkich. Oby te kategorie myślowe jak najszybciej przeniknęły także kontekst pojęciowy kultury Zachodu.

Temat osób pozaludzkich - non-human persons, pojawia się coraz częściej i coraz więcej osób chce o nim mówić. W szczególności są to naukowcy zaangażowani w badania naczelnych i waleni. W zeszłym roku wpływowe gremium naukowe, w obecności Stevena Hawkinga, ogłosiło The Cambridge Declaration on Consciousness która dowartościowuje jak nigdy dotąd jakość świadomości zwierzęcej w zestawieniu z ludzką. Dopiero co odbyła się także konferencja Personhood Beyond the Human, gdzie pojawili się specjaliści działający w ramach Great Ape Project, a także delfinolodzy. Ci ostatni zachęcają do podpisania deklaracji praw waleni.

  1. Każdy waleń z osobna ma prawo do życia.
  2. Żadne walenie nie powinny być przetrzymywane lub niewolone; być poddane okrutnemu traktowaniu; lub być usuwane ze swojego naturalnego środowiska.
  3. Wszystkie walenie mają prawo do wolności przemieszczania się i bytowania w swym naturalnym środowisku.
  4. Żaden waleń nie jest własnością żadnego państwa, korporacji, grupy ludzi, lub jednostki.
  5. Walenie mają prawo do ochrony ich środowiska naturalnego.
  6. Walenie mają prawo by ich kultury nie podlegały zakłócaniu.
  7. Prawa, wolności i normy ustanowione w tej Deklaracji winny być chronione prawem międzynarodowym i lokalnym.
  8. Walenie są uprawnione do porządku międzynarodowego, w którym te prawa, wolności i normy mogą być w pełni zrealizowane.
  9. Żadne państwo, korporacja, grupa ludzi, lub jednostka nie powinna uczestniczyć w działalności podkopującej te prawa, wolności i normy.
  10. Nic w treści tej deklaracji nie powinno powstrzymywać władz przed gwarantowaniem ściślejszej ochrony praw waleni.

Język którym się posługujemy jest ważny. To on w dużej mierze wytwarza rzeczywistość naszych odniesień. Nie raz już się zdarzało, że oksymorony stawały się jego częścią.

  • szympans jest osobą
  • słoń jest osobą
  • delfin jest osobą
  • sroka jest osobą

I możemy tak wyliczać i poszerzać listę gatunków gdzie poszczególne zbadane osobniki wykazały się wyjątkowymi zdolnościami poznawczymi przypisywanymi wcześniej wyłącznie człowiekowi. Ale to jest podejście ekskluzywne - wciąż arbitralnie wykluczające z personhood większość świata zwierzęcego. W języku inkluzywnym należałoby więc zapytać nie tyle o to, które zwierzęta są osobami, lecz które nimi nie są? Ale na stawianie tego pytanie przyjdzie nam poczekać dłużej. Odpowiedzi nie doczekamy się być może nigdy.

piątek, 19 lipca 2013

Dlaczego chrześcijanie krzywdzą?


Sejm podtrzymał niedawno zakaz rytualnego zabijania, a w związku z tym głosowaniem w sieci pojawił się szereg interesujących komentarzy obrońców praw zwierząt, np. stowarzyszeń Otwarte Klatki,  Empatia, czy Uli Zarosy. Skoro zakaz dalej obowiązuje, to etyczni ateiści znajdą powody do zadowolenia - nie będzie bestialskiego zabijania z irracjonalnych powodów. Z kolei katolicy czy protestanci, na których religia nie nakłada kłopotliwych kulinarnych ograniczeń, w związku z całą sprawą poczują się zapewne moralnie lepsi niż muzułmanie i żydzi - w końcu dla aprowizacji chrześcijańskich stołów nie zabija się okrutnie torturując, a jedynie ... zabija. Jedynie? Stosunek, zarówno jednostek jak i całego społeczeństwa, do tzw. uboju rytualnego, jak w soczewce uwypukla istotne zmiany zachodzące w naszej moralności, związane ze zmianą stosunku do cierpienia w ogóle.

Kiedy widzimy że ktoś cierpi, staramy się by cierpiał mniej, a najlepiej by nie cierpiał wcale. Oczywiście nie robią tak bezwzględnie wszyscy - mechanizmu empatii pozbawieni są psychopaci. Ale u większości ludzi tak to właśnie funkcjonuje, że potrafimy współodczuwać, a samo współodczuwanie daje wystarczającą motywację do tego, by działać uśmierzając cudzy ból. A co jeśli nie możemy działać? Jeśli nasze starania o złagodzenie cudzego cierpienia nie mają szansy przynieść żadnego rezultatu? Co się wtedy dzieje z naszą empatią?

Wygnanie z raju
Wyganiając ludzi z sielskiego Edenu Bóg powiedział do Ewy: Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci. Do Adama zaś rzekł, iż od tego momentu by zaspokoić głód, będzie musiał się wielce natrudzić. Ów biblijny mit stanowi ciekawą próbę racjonalizacji źródeł naszych doczesnych męczarni, a równocześnie wyraża judeochrześcijańską tradycję cierpienia będącego nieodłączną częścią egzystencji. Żywot człowieczy wiąże się z nieustającym pasmem przykrych doświadczeń, już od momentu narodzin - taka była powszechna świadomość. Dawniej niemowlęta zawijano szczelnie w szmaty i podwieszano pod sufitem - tam płakały sobie, gdy ich rodzice pracowali w pocie czoła. Trudno to wyobrazić sobie współczesnemu empatycznemu rodzicowi, który wszak reagować będzie na najmniejsze dziecięce kwilenie, a co więcej swoją reakcję przypisze instynktowi. Gdzie był ten instynkt dawniej? Może zaginął, ponieważ wiele dzieci, jeśli nie większość, nie dożywała dorosłości? Umierały na różne choroby i nikt się tym specjalnie nie przejmował. Treny Kochanowskiego, w których autor opłakuje zmarłą Urszulkę, stanowiły w swoim czasie kontrowersyjny ewenement, ponieważ wtedy lamentowało się po uznanych osobistościach, a nie bachorach. Ludzie którym udało się przeżyć dzieciństwo, często padali ofiarą wojen i agresji. Żyli w ciągłym poczuciu zagrożenia, bo i prawdopodobieństwo bycia zamordowanym wielokrotnie przewyższało obecne (choć to zależy jeszcze od miejsca na Ziemi). Doświadczenie przemocy i okrucieństwa było standardowym elementem codzienności. W trakcie publicznych egzekucji kaci potrafił godzinami torturować skazańców, a widok taki przyciągał tłumy gawiedzi (przykładem ot choćby kaźń Jezusa opisana w ewangeliach). To wszystko prowadziło do stępienia rzeczywistej empatii, bo i trudno było w jakikolwiek sposób pomóc innemu cierpiącemu - chyba jedynie dobrym słowem. A to prędzej czy później przybierać musiało formy racjonalizacji cierpienia - szukania w nim sensu i budowania w związku z nim nadziei.

W naszych czasach ludzie nie chcą już cierpieć. Przekonali się, że mogą złagodzić lub usunąć ból, np. jeśli zastosują odpowiednie leki. Dowiedzieli się, że atak wyrostka robaczkowego nie oznacza już pewnej śmierci w męczarniach. Okazało się, że dzieci prawie wcale nie muszą umierać, a wojen prowadzić nie trzeba. Ludzie kultury zachodu uzmysłowili sobie, że cierpienie nie jest nieodłączną częścią życia - można je eliminować. Dopiero ta świadomość sprawiła, że nasza faktyczna empatia nie kończy się na uwierającym sumienie jałowym współodczuwaniu. Jesteśmy też w stanie działać motywowani empatią - efektywnie pomagać. Powołujemy zatem instytucje takie jak pogotowia, szpitale, organizacje charytatywne, by inni cierpieli mniej, lub nie cierpieli wcale. Nawet tam gdzie wciąż wykonuje się karę śmierci, pojawia się dbałość o humanitaryzm, czyli w tym kontekście bezbolesne procedury.

Dzisiaj intensywne i dramatyczne ludzkie cierpienie oglądamy prawie wyłącznie w telewizji, lub czytamy o nim w książkach - rzadziej w internecie, bo od tego medium oczekujemy bardziej rozrywkowych, a mniej refleksyjnych wrażeń. Zdobyty dystans pozwala nam na stawianie pytań odnośnie tego, co wcześniej wydawało się oczywiste: czy cierpienie ma jakikolwiek sens?, czy cierpienie uszlachetnia?, czy cierpienie jest cnotą?.

Logo Midway Community Crosswalk, organizacji której członkowie regularnie dźwigają w procesji duże drewniane krzyże

Czasem ludzie wierzący z którymi rozmawiam opowiadają o własnym cierpieniu - emocjach, relacjach, kryzysach. Mówią wtedy o tym, jak to oddają Jezusowi swoje problemy, biorą swój krzyż. Niektórzy mówią np.: małżeństwo jest moim krzyżem, chcąc powiedzieć w ten sposób, iż droga życiowa którą wybrali, i z którą często sobie nie radzą, powoduje u nich cierpienie analogiczne do przeżyć torturowanego przed dwoma tysiącami lat człowieka. Inni skłonni są do zachowania zdrowszych proporcji, i poprzestają na tym, iż fakt że ten człowiek cierpiał, dodaje im pewnej otuchy - myślą wtedy: no moje cierpienie nie jest znowu aż takie wielkie, inni mają gorzej, więc nie ma co się roztkliwiać. Księża z którymi rozmawiałem często mówili, iż współczesna kultura zapomniała o sensie cierpienia. Że ludzie chcą przeżywać życie łatwo i przyjemnie. Nie traktują negatywnych doświadczeń jako boskiego daru, który ich wszak ubogaca - jeśli nie teraz, to w życiu wiecznym. Etymologicznie człowiek ubogi, to ten który ma swoje skarby u Boga, a nie tu na Ziemi. Ale w naszych postmodernistycznych czasach skarby materialne przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Istotne stały się przeżycia i ich jakość.

Nieżyjąca już prof. Barbara Skarga, kobieta która przeżyła piekło obozowego życia, mówiła iż cierpienie nie ma żadnego sensu. Nie tylko nie uszlachetnia, ale wręcz demoralizuje. Znacznie łatwiej zgodzić mi się z nią, niż ze wspomnianymi kapłanami propagującymi aż nazbyt często niezdrowy kult swoistego masochizmu. Dawniej, dla umartwiania ciała, mnisi nosili pod ubraniem włosiennicę. Niektórzy też się samobiczowali. I dzisiaj znajdziemy tego rodzaju zwyczaje, w licznych tradycjach publicznego grupowego samobiczowania, rytuale krzyżowania ochotników na Filipinach, czy też w mniej spektakularnych, ukrytych pod ubraniem niektórych członków Opus Dei akcesoriach niewygody .

cilice - współczesna włosiennica
Być może dobrowolne umartwianie ciała pozwala doskonalić się duchowo, ale czy poprawia jakość naszych przekonań moralnych?


W kulturach wschodu cierpienie jest nonsensowne. Czytałem kiedyś o spotkaniu benedyktynów z Dalajlamą komentującym specjalnie dla chrześcijańskich mnichów ich ewangelie. Potrafił on docenić wszystko w działalności Jezusa - wszelkie aspekty duchowe, oraz etyczne. Nie potrafił natomiast pojąć sensu jego cierpienia oraz ofiary. Myślenie w paradygmacie uszlachetniającego, oczyszczającego, czy też zbawczego cierpienia było dla duchowego przywódcy buddyzmu zupełnie niezrozumiałe.

W religiach dharmicznych - hinduizmie, buddyzmie i dżinizmie, panuje przekonanie, że cierpienie nie przynosi żadnych korzyści, nie ma żadnego sensu. Jest konsekwencją karmy - nieskończonego łańcucha związków przyczynowo-skutkowych, czymś czego unikamy, czego nie chcemy. Cierpienie nie jest metafizyczną karą wymierzoną przez osobowego Boga-rodzica-kata, lecz tym co się nam w życiu przydarza, być może w związku z konsekwencjami złych działań podejmowanych w poprzednich wcieleniach - w tym sensie za cierpienie własne jesteśmy odpowiedzialni moralnie, podobnie jak jesteśmy odpowiedzialni moralnie za cierpienie cudze, jeśli krzywdzimy. Doskonalenie duchowe polega na wyzbywaniu się cierpienia - tu podobnie jak w chrześcijaństwie pojawia się asceza, ale jako droga eliminacji pragnień i pożądań - im więcej pragniemy, tym bardziej cierpimy mentalnie nie mogąc pragnień realizować. Nie pragnąc niczego, nie doświadczamy też żadnego dotkliwego braku.


Tam gdzie cierpienie jest nonsensowne, sensowna jest ahimsa - zasada niekrzywdzenia czujących istot, czy też ogólniej tego co żywe. W wielu kulturach wschodu empatia rozszerzona została już wiele tysięcy lat temu, także na inne niż my zwierzęta. Ich cierpienie jest podobnie nonsensowne jak nasze, a zatem warto w życiu postępować tak, by je zmniejszać, a już w szczególności go nie powodować. Symboliczna jest tu postać nagiego dżinijskiego mnicha, omiatającego ścieżkę przed sobą w obawie przed rozdeptaniem insekta. Himsa to krzywda, ahimsa jest jej zaprzeczeniem.


Nie chcę przez to powiedzieć, że w takich np. Indiach jest idealnie pod względem troski o cierpienia zwierząt - nie jest. Mimo iż wciąż zjada się tam przeciętnie 20-30-krotnie mniej mięsa niż w Stanach Zjednoczonych i Europie, to niestety zjada się go jednak coraz więcej, a eksport produktów ze świętych krów wzrósł w krótkim czasie o 40%. Mimo tych niekorzystnych zmian, fakt iż Indie zakazały ostatnio wykorzystywania waleni w parkach rozrywki, a w wypowiedziach władz pojawia się określenie delfinów jako osób pozaludzkich (non-human person), także jest symptomem zupełnie innego sposobu myślenia, znajdującego nawet odbicie w konstytucji i coraz częściej w orzecznictwie. Afirmujące wartość cierpienia chrześcijaństwo nigdy nie doszło do takich uciekających od szowinizmu gatunkowego standardów moralnych. Nie doszedł do nich także, poza nielicznymi wyjątkami, świecki racjonalizm zachodu. O ile można mówić o charytatywnych organizacjach chrześcijańskich, to chrześcijańskich organizacji pro-zwierzęcych jest jak na lekarstwo (na marginesie teologia cierpienia Matki Teresy, m.in. ograniczającej członkiniom zgromadzenia zdobywanie wiedzy medycznej, pokazuje dobitnie problem który tu analizuję).

W kulturze zachodu nauczyliśmy się skutecznie eliminować cierpienie ludzkie, co postawiło pod znakiem zapytania dawniej niekwestionowane założenie o jego wartości i sensowności. To był warunek konieczny dla rozszerzenia kręgu empatii także na inne zwierzęta. Dopóki cierpią ludzie, dopóty troska o uśmierzanie cierpienia osobników innych ganunków jawić się będzie etyczną ekstrawagancją. W kulturze zachodu coraz liczniejszy ruch pro-zwierzęcy jest zjawiskiem stosunkowo nowym, powiązanym także silnie z obecnością ideałów egalitaryzmu. Mimo działań wielu aktywistów i tekstów wielu etyków, paradygmat afirmacji cierpienia, utrwalony na zachodzie przez chrześcijaństwo, zdaje się wciąż tu pokutować, także wśród ateistów. Chrześcijanie i ludzie zachodu w ogólności krzywdzą inne zwierzęta w skali nieporównywalnej z niczym co działo się do tej pory. Czym wszakże jest cierpienie fizyczne hodowanej przemysłowo, a następnie zabijanej krowy, świni czy kury, w porównaniu do jakości naszego cierpienia duchowego? To ostatnie ma wszak dla nas tak wielką wartość, że nawet jeśli nie wierzymy w żadną religię, to wyznaczamy na tej podstawie różnicę jakościową między naszym, a ich statusem moralnym. Ale czy wyznaczanie tak istotnej różnicy jakościowej między naszą wysoką świadomością, a ich marnymi przeżyciami, jest w ogóle uprawnione? Doskonała krytyka tego rodzaju założeń znajduje się w tekście Takie jak my? Tacy jak one Uli Zarosy - w świetle danych naukowych o przeżywaniu bodźców bólowych, czy zdolnościach poznawczych innych zwierząt, naprawdę trudno jest tę różnicę uzasadnić inaczej niż czysto życzeniowo - robimy tak dla wygody sumienia.


Wspomniałem tu wcześniej o zmianie kulturowego stosunku do dzieci, ich cierpienia i ogólnie ich podmiotowości. Jak pokazują badania psychologiczne, skłonność do zachowań motywowanych empatią wykazują ci ludzie, którzy sami w dzieciństwie empatii doświadczyli, czy też obserwowali empatyczne zachowania w stosunku do innych. A więc eksponowanie dzieci na empatyczne zachowania może być jedyną szansą na znaczący postęp moralny świata zachodu, w tym także w kwestii stosunku do cierpienia innych zwierząt.


Kiedyś wsiadłem z moim synem do taksówki, a on ni stąd ni zowąd zaordynował: a teraz pan kierowca włączy Dla jego bolesnej męki. Wcześniej dużo jeździł z dziadkiem, słuchającym w samochodzie Radia Maryja i odmawiającym Koronkę do miłosierdzia Bożego. Kierowca doskonale zrozumiał kontekst - w dziecięcym życzeniu nie widział nic szczególnie dziwnego. A mi stanęła w głowie taka myśl - a gdybym właśnie gościł jakiegoś dżinijskiego mnicha zakrywającego sobie usta maseczką, tak by przypadkiem nie uśmiercić owada. Jak ja bym mu to wytłumaczył? Jak wyjaśnić iż istotnym elementem paradygmatu religijnego mojej kultury jest codzienne analizowanie intensywności tortur którym został poddany pewien starożytny Żyd? I jak wyjaśnić to, że niby zwracamy się do wszechmocnego Boga, który jest osobą, figurą ojca i w istocie w szczególności ojcem właśnie tamtego Żyda, a który to wszechmogący ojciec równocześnie dopuścił do tak straszliwego cierpienia swojego syna. Co więcej fakt iż to cierpienie najważniejszego dziecka miało miejsce, stanowi wzgląd dla którego my, inne dzieci od urodzenia kalekie moralnie (grzech pierworodny), możemy liczyć w przyszłości na swoistą taryfę ulgową u tego surowego rodzica, który wszakże jest miłością. Jak to wszystko wyjaśnić? Kiedyś pisałem już o tym, że obraz osobowego Boga budujemy sobie nie tylko na podstawie tych najlepszych, ale także tych najgorszych ludzkich cech. Tak więc przed takim hipotetycznym mnichem ze wschodu byłoby mi po prostu wstyd. Zresztą jest mi wstyd nieustannie, właśnie za to, co wtłaczamy do głowy dzieciom i jak uczymy je, by wyłączały swoją rzeczywistą empatię. Pisałem o tym nieco, omawiając książki Ruby Roth.

Wracając do tematu rytualnego zabijania. Oto fragment artykułu na ten temat z pisma Fronda (wytłuszczenia moje):
Na koniec trzeba podkreślić wyraźnie jedną rzecz - cierpienie jest nieodwracalnie wpisane w naturę tego świata, podobnie jak jest w nią wpisana hierarchiczność bytów. My ludzie, posługując się rozumem, mamy obowiązek starać się ograniczyć NIEPOTRZEBNE ciernienia, ale ten sam rozum powinien nam podpowiadać niezbędna miarę cierpień, którą trzeba po prostu zaakceptować. Lew nie zastanawia się nad bólem rozszarpywanej antylopy bo nie ma rozumu tylko instynkt, który każe mu zabić, żeby przeżyć. My rozum posiadamy, możemy zatem zabijać w sposób ograniczający cierpienia zwierząt do minimum. A tym właśnie jest ubój rytualny, przez tysiąclecia dopracowywany przez kolejnych przeszkolonych rzezaków, których trudno podejrzewać o sadystyczne skłonności, zwłaszcza, że tej funkcji nie mogli sprawować chorzy psychicznie. Naiwne myślenie obrońców praw zwierząt, którym wydaje się, że zakazanie uboju rytualnego w jakikolwiek sposób chroni braci naszych mniejszych przed niepotrzebnym cierpieniem to klasyczny przykład myślenia życzeniowego, kompletnie oderwanego od rzeczywistości.
Chrześcijanie, ale także ludzie niewierzący wychowani w wartościach chrześcijańskiej czy postchrześcijańskiej kultury, powszechnie krzywdzą, ponieważ godzą się na cierpienie w ogólności. Uważają że ma ono sens i że jest ono ważne, a wręcz zbawienne - kto nie zaznał goryczy ni razu, ten nie zazna słodyczy w niebie. Wdrożenie do metafizycznego masochizmu powoduje, że łatwiej zaakceptować przemoc i okrucieństwo - współcześnie w mniejszym stopniu w stosunku do ludzi, ale wciąż bardzo silnie w stosunku do innych zwierząt.


Czego nie chcę powiedzieć tym wpisem


Przyzwyczaiłem się już do tego, że nie wszystko co piszę jest jasne, i sporo można dointerpretować, a także nabrać fałszywego przekonania odnośnie moich intencji. Dlatego napiszę czego zdecydowanie nie chciałem wyrazić tym wpisem, uprzedzając ewentualne komentarze.

Nie twierdzę, że jedna religia jest lepsza od innej


Dżinizm czy buddyzm nie jest lepszy od chrześcijaństwa, a chrześcijaństwo nie jest lepsze od islamu. Nic takiego nie twierdzę. Ciężko byłoby znaleźć sensowne kryteria owej lepszości. Wśród wyznawców każdej religii znajdziemy ludzi o bardzo wysokich standardach moralnych, włączając w to rozszerzenie statusu moralnego na zwierzęta pozaludzkie.

Nie twierdzę, że jedna kultura jest lepsza od innej


Nie twierdzę że kultura Indii jest dajmy na to lepsza od kultury funkcjonującej w Polsce. Podobnie jak w przypadku religii, trudno tu znaleźć kryteria takiej oceny. Zwierzęta wszędzie na świecie spotyka okrucieństwo.

Nie jestem apologetą religii wschodu


Nie nawołuję do wyznawania ani dżinizmu, ani buddyzmu, ani hinduizmu. Jeśli wspominam o ahimsie, która dla mnie osobiście jest ważna, to uciekam od kontekstu religijnego, choć niekoniecznie kulturowego. Ahimsa stanowi dla mnie wygodną etykietę, dobrze odnoszącą się do mojej osobistej hierarchii wartości ukształtowanej wcześniej.

Nie stawiam się na zewnątrz opisywanych problemów


Jest taka pokusa, by w poczuciu moralnej wyższości stać z boku i krytykować. Nie miałem takich intencji. To co piszę, piszę od wewnątrz. Jestem dzieckiem kultury zachodu. Zdaje sobie sprawę z tego, w jak wielkim stopniu chrześcijaństwo ukształtowało paradygmat tej kultury i to w bardzo wielu płaszczyznach. To są treści świadomości i schematy myślowe, od których nie mogę uciec, a wierzę w hipotezę relatywizmu językowego. Właśnie z poczucia tożsamości kulturowej piszę o wstydzie. Nawet jeśli potrafię sprawiać, by moje zachowanie było inne niż by to wynikało z wdrukowanych wzorców, to i tak jestem częścią podmiotu zbiorowego do którego się odnoszę. W każdym z nas drzemie potencjał, by bezwiednie wspierać systemy, z których płyną naganne moralnie działania, o zdecydowanie złych skutkach. Dlatego chciałbym, żeby jednostki w tym podmiocie żyły innymi wartościami niż żyją obecnie.

Wegańska hagiografia


Na koniec łyżka dziegciu do beczki miodu aktywistów pro-zwierzęcych. Właściwie metafora beczki miodu kompletnie tu nie pasuje, bo ciężko mówić o samozadowoleniu w tym środowisku. Z roku na rok rośnie dramatycznie skala ludzkiej eksploatacji innych zwierząt, a co gorsza rośnie szybciej niż ludzka populacja. Jak w ogóle żyć zdając sobie sprawę z tego, iż ludzkość morduje nieprzerwany strumień miliardów zwierząt rocznie, przy czym śmierć jest być może najlepszym co je w życiu spotyka. Świadomemu obrońcy praw zwierząt przypada w udziale wieczna depresja i ewentualnie radość z małych kroków, jak choćby to ostatnie głosowanie w sejmie. Taka sytuacja rodzi pokusę postawy cierpiętniczej, a czasem wręcz martyrologii. Ruch ma swoich celebrytów, a wśród nich także męczenników za sprawę. Na przykład Jill Phipps która w roku 1995, w trakcie protestu, zginęła pod kołami ciężarówki przewożącej cielęta. Hagiografia to opowieści o świętych, często właśnie męczennikach za wiarę. Czy warto wytwarzać wegańską hagiografię? Phipps została świętą od zwierzów - zginęła w związku z przekonaniami, ale wszak to co się jej przydarzyło jest zwyczajnie głupie, a nie ważne i inspirujące. Oby jak najmniej aktywistów poszło do końca w jej ślady, bo akurat na wzroście, a przynajmniej na nie uszczuplaniu akurat tej populacji, bardzo nam zależy.

Wegańskie poczucie moralnej wyższości


Spotkałem się już kilka razy z weganami, którzy w poczuciu moralnej wyższości komentowali to, że wyznawcy dżinizmu piją krowie mleko. Krytyka jest bardzo na miejscu, ale jedyna sensowna z jaką się spotkałem to ta życzliwa - pochodząca od Francione, przekonującego ludzi kierujących się ahimsą do jeszcze większej konsekwencji. Stosowanie diety opartej wyłącznie na roślinach może być wyborem etycznym. Pamiętajmy jednak że jest wyborem nowoczesnym, niemożliwym do zrealizowania w przeszłości. Nie znajdziemy tradycyjnych kultur, w których zwyczajowo występowałaby czysto wegańska dieta, np. w związku z wymogami religijnymi. My dziś w świecie zachodu możemy sobie na taką dietę pozwolić, ponieważ wiemy o konieczności suplementacji witaminy B12.

Ruch pro-zwierzęcy zmaga się na co dzień z utrwalonymi kulturowo i religijnie wzorcami. Ale także przed nim stoi widmo wytwarzania parareligijnej wspólnoty zamkniętej na dostrzeganie sensu wartości którymi żyją inni ludzie. Bierze się to po części jak sądzę z głęboko utrwalonego przez judeochrześcijaństwo monizmu wartości. Jeśli naszym celem jest zmniejszanie zwierzęcego cierpienia spowodowanego przez człowieka, a operujemy w chrześcijańskiej, czy też postchrześcijańskiej kulturze, to może najlepszym środkiem do celu nie jest argumentacja w racjonalnym paradygmacie etycznym, lecz dekonstrukcja rdzenia chrześcijańskiego przekonania o sensowności cierpienia?



wtorek, 30 kwietnia 2013

Ontologia nienawiści

Ontologia to tradycyjny dział filozofii badający rzeczywistość, i próbujący ją jak najlepiej objaśnić. Co to znaczy istnieć? Co istnieje? Jak istnieje? - na takie pytania ontolodzy próbują odpowiadać.

Ontologia w informatyce ma nieco inne znaczenie. Jest to “konkret” wyciągnięty z tradycyjnych filozoficznych rozważań. Zasadnicze pytania tutaj, to: Jak opisać to co istnieje? Według jakich pojęć?, Jakie cechy rzeczy są istotne? Jakimi relacjami są one powiązane?

Ontologie tego rodzaju wytwarzamy dla maszyn, a nie dla człowieka. Chodzi o wyrażenie danych w taki sposób, by przetwarzający je potem program "pokumał", “co mieliśmy na myśli”. W sieci jest mnóstwo informacji, ale z reguły przeznaczonych dla ludzi. Przykładowo możemy śledzić wyprawę jakiegoś podróżnika, który na swoim blogu określa nawet długość i szerokość geograficzną miejsc które odwiedza, ale jeśli zapytalibyśmy Google o relacje podróżnicze z określonego współrzędnymi rejonu świata, to wyszukiwarka nie potrafiłaby znaleźć strony którą właśnie czytamy. Potrafi znaleźć tylko te strony, na których wystąpiły konkretne wartości długości i szerokości geograficznej. Trzeba by wpierw wskazać maszynie, iż określony ciąg znaków w tekście strony internetowej odnosi się do określonego pojęcia, w tym przypadku pojęcia lokalizacji o cechach długości i szerokości geograficznej. Zbiory takich opisanych jednoznacznie pojęć, i relacji między nimi, już powstały, dla bardzo wielu dziedzin wiedzy. Nazywane są właśnie ontologiami i zakodowane np. z pomocą Web Ontology Language. Tak zwana Sieć Semantyczna (Semantic Web) zwana też czasem Web 3.0, z możliwością semantycznego wyszukiwania informacji, stanowi "świętego Graala" ludzi zaangażowanych w rozwój internetu. Tutaj przykład tego, co maszyny już "wiedzą" o dowolnym haśle z Wikipedii (DBpedia), a "chciałyby" "wiedzieć" dużo, dużo więcej. Przykładem bardzo zaawansowanego serwisu mapującego semantycznie wiedzę jest Wolfram Alfa - pytajcie o co chcecie, w języku naturalnym. Wolfram Alfa pomógł mi kiedyś w bardzo nieoczekiwany sposób - potrzebowałem rymu, więc zapytałem o wszystkie słowa angielskie o określonej końcówce. Mógłbym napisać sobie mały program, który znalazłby mi to samo na podstawie słownika. Tu jednak nie musiałem tworzyć algorytmu - wpisałem jedynie pytanie w naturalnym angielskim a "algorytm" wyłonił się samoczynnie z ogólnych reguł wnioskowania Wolframa. Ten serwis ma naprawdę potężne możliwości.

Tyle jeśli chodzi o "twardą" wiedzę, ale są też ontologie trudniejsze do zdefiniowania - te związane z zawiłościami ludzkiej psychiki. Facebookowy przycisk “Like” - “Lubię to”, symbolizuje kluczowy element na którym bazuje model biznesowy tej firmy - ontologię “lubienia”. Ontologię tego co uwielbiamy, czego szukamy i czego pożądamy. Dysponując technikami opisywania wszystkiego co można lubić, wystarczy zebrać dane na temat preferencji internautów, oraz inne fakty o nich (gdzie mieszkają, w jakich godzinach używają internetu, z kim się przyjaźnią i jakie preferencje mają społeczności w których funkcjonują, etc.). Ten materiał jest potrzebny do ukierunkowania wyświetlanych potem reklam. Przykładowo ktoś kto zadeklarował wcześniej iż lubi polskie pisma motoryzacyjne, zobaczy reklamy związane z branżą samochodową.

Ontologia wykorzystywana przez facebooka nosi nazwę Open Graph Protocol i ostatnio powiększyła się o bardziej szczegółowe preferencje użytkowników (intent). Novum na które zwracają uwagę komentatorzy stanowi uwzględnienie w tej ontologii czasowników. Mamy już nie tylko asercję “lubienia”, ale także asercje w rodzaju “obejrzałem film x”, oraz intencje w rodzaju “chcę obejrzeć film x”. Ponadto facebook udostępnił ostatnio użytkownikom możliwości wyszukiwania analogiczne do tych oferowanych przez Wolfram Alfa - noszą nazwę Graph Search. Z pomocą tego narzędzia można się zapytać np. o wszystkich ludzi ze Szczecina, którzy aktualnie mieszkają w Stanach Zjednoczonych. Dzięki facebookowej ontologii dysponującej pojęciami miejsca urodzenia, oraz aktualnego miejsca pobytu zyskujemy dostęp do potężnej ilości informacji, właściwie niemożliwych do uzyskania w inny sposób.

Inny serwis społecznościowy, LinkedIn, znalazł ostatnio doskonały sposób na budowanie bazy wiedzy na podstawie ontologii tego co potrafimy. Pyta naszych współpracowników, czy posiadamy określone umiejętności (skills). Jest to zrozumiałe zważywszy na fakt, iż model biznesowy LinkedIn opiera się m.in. na firmach headhunterskich wykupujących płatny dostęp do serwisu.

Brak alternatywnego przycisku “Hate” na facebooku od dawna rodzi dyskusje. Funkcje “dislike” są dostępne w innych serwisach społecznościowych - ot choćby w YouTube. Ten brak jest jednak doskonale zrozumiały. Facebook opiera swój model biznesowy na “ontologii miłości”, a nie “ontologii nienawiści”. Komu w ogóle mogłaby być potrzebna “ontologia nienawiści”?

Ostatnio znalazłem odpowiedź na to pytanie. Serwis hatebase.org zbiera próbki "nienawistnych" wyrażeń w różnych językach. Chodzi o słowa czy związki frazeologiczne, które jeśli pojawiają się w języku, to często w charakterze wypowiedzi obraźliwej, będącej wyrazem dyskryminacji, uprzedzeń, czy nienawiści na tle etnicznym, religijnym, płciowym, orientacji seksualnej, czy niepełnosprawności.

Oto przykłady polskich “nienawistnych” słów wprowadzonych do serwisu:

"szkop, szwab, kałmuk, pepik, katol"

Jaki jednak jest cel gromadzenia świadectw ludzkiej małości? Autorzy zakładają, że dzięki operowaniu “ontologią nienawiści”, maszyny będą w stanie automatycznie rozpoznawać w internecie narastanie wrogości w różnych częściach świata. Np. tam gdzie dochodzi do ludobójstwa, nienawistne nastroje znajdują wcześniej odzwierciedlenie w języku, a przy obecnym poziomie dostępności internetu, z pewnością znajdą także odzwierciedlenie w nośniku języka jakim jest internet. Czy takie automatyczne przetwarzanie danych pozwoli faktycznie wykrywać nastroje społeczne prowadzące do masowej przemocy? Zobaczymy. Myślę że spróbować warto.

Więcej o Hatebase w Wired.

sobota, 10 listopada 2012

Nerdowskie dialogi: sapioseksualni samogwałciciele

Na wallu XyCa wywiązał się taki nerdowski dialog:

- Kiedy ludzie zrozumieją że klikanie "Lubie to" na własne posty/komenatrze/linki/cokolwiek to proces podobny do onanizowania się przed własnym zdjęciem :>
- brakowało "lubię to" pod tym postem ;D
- Jakby się tak dalej posunąć tym tokiem myślenia to klikanie pod postami kolegów może nosić znamiona homoseksualizmu (dla mniej kumatych rozmawiamy o onanizowaniu się przed zdjęciem kolegi) ;)
- Dobra, dobra, po tym poście Twoje życie nigdy nie będzie takie samo. Zawsze zastanowisz się dwa razy zanim KOLEDZE klikniesz "Lubię to!" :>
- Masz racje !
- Zgadzam się
- Czy lajkując żonę uprawiam publicznie seks?
- Tylko jak ona zalajkuje tez ciebie :D
- Oops, czyli w jedną stronę to gwałt!
- Nie. Gra wstępna :>
- Boje się po tym poście dawać lajki kolegom....

Na zdjęciu urządzenie z drugiej połowy XIX wieku zaprojektowane tak, by uniemożliwić masturbację.

Więcej o serii Nerdowskie dialogi.

piątek, 24 sierpnia 2012

Nerdowskie dialogi: Vulva

- "Siedzi baba na cmentarzu. Trzyma nogi w kałamarzu. Przyszedł duch. Babę w brzuch. Baba fik, a duch znikł."
- "Buch w brzuch". To jest pewnie freudystyczne. Pewnie dziecko jej zrobił.
- No, pewnie że freudystyczne. "Baba fik", czyli dobrze jej zrobił, że aż nogami w sufit zaryła ...

Rycina na szczycie tego posta obrazuje gest ana suromai (gr. uniesienie spódnicy). Według ludowej tradycji moc nagich kobiecych genitaliów była tak wielka, że odstraszała diabła. Kobiety potrafiły nawet przerwać wojnę, jeśli zgromadziły się by wykonać ten gest. W elewacje średniowiecznych budowli, także kościołów, wmurowywano maszkarony z rozwartymi wargami sromowymi - to miało chronić mieszkańców przed złem.

""The sea calms down if it sees a woman’s cunt" (la mar es posa bona si veu el cony d’una dona); that is, the vulva has the power to stop storms."

Te tradycje występujące wciąż w wielu kulturach, a na zachodzie prawie zapomniane, były jeszcze całkiem żywe w XVIII wieku:

Once on a time the Sire of evil,
In plainer English call’d the devil,
Some new experiment to try
At Chloe cast a roguish eye -t
But she who all his arts defied,
Pull’d up and shew’d her sexes pride :
A thing all shagg’d about with hair,
So much it made old Satan stare,
Who frightend at the grim display,
Takes to his heels and runs away.

A dlaczego o tym wszystkim piszę? Myślę że nawet czytelnikom mojego bloga może się przydać wiedza o szerszym kontekście kulturowym działalności artystycznej Pussy Riot. To nie jest srom (wstyd) - sromota raczej tym, którzy wdrukowują nam od dzieciństwa lęk przed mocą vulvy.

Więcej o serii Nerdowskie dialogi.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Aktywiści pro-zwierzęcy w garniturach

Istnieje możliwość włączenia napisów. Tutaj pełen tekst wystąpienia Philipa Wollena.

Rozmawiając kiedyś z Ulą zastanawiałem się czy nadejdą czasy, kiedy aktywizmem na rzecz zwierząt zajmie się nie tylko alternatywna młodzież kontestująca utarte w ich własnej kulturze schematy wartościowania, ale także np. biznesmeni. Te czasy nadeszły znacznie szybciej niż się tego spodziewałem.

Philip Wollen był kiedyś wiceprezesem Citibanku i ponoć jednym z najbardziej poszukiwanych managerów. Nie dziwi mnie to specjalnie w związku z tym co zobaczyłem. W tym co powiedział podczas debaty "zwierzęta powinny zniknąć z jadłospisu" z jednej strony perfekcyjnie gra na emocjach swoich słuchaczy, a z drugiej formułuje cały zestaw merytorycznych argumentów z bardzo różnych kontekstów:

  • etycznego (cierpienie innych zwierząt)
  • humanitarnego (niesprawiedliwa gospodarka ziemskimi zasobami)
  • ekologicznego (sustainability ziemskiego ekosystemu)

Dla mnie siła wyrazu tego przemówienia jest ogromna. Wollen zaskoczył mnie swoją wrażliwością. Pokrywa się ona z moją. Tak właśnie to wszystko czuję. Kiedyś próbowałem napisać o tym na blogu i pewnie kiedyś opublikuję w końcu tego posta, ale mam z tym problem o tyle, że to jest właśnie przede wszystkim to co czuję, a nie to co rozumiem. Opisywanie tego pierwszego przychodzi mi bardzo ciężko, ponieważ mam problem z otwartą ekspresją emocji. Co innego intelektualne rozkminy - to przychodzi mi dość łatwo. Dlatego cieszę się bardzo, że znalazłem człowieka którego ustami mogę powiedzieć o tym co dla mnie ważne.

Podobno Wollen jest bardzo skromnym człowiekiem. Być może, z pewnością jest natomiast niebywale skutecznym i pragmatycznie zorientowanym filantropem. Znaczny majątek którego się dorobił postanowił spożytkować w celach nad wyraz zbożnych. Myślę że lista organizacji które wspiera jego Winsome Constance Kindness Trust stanowi doskonałe odzwierciedlenie hierarchii wartości założyciela. Znajdują się wśród nich:

  • Amnesty International
  • Animals Asia Foundation
  • Animals Australia
  • Beyond Zero Emissions
  • Compassion in World Farming
  • Food not Bombs
  • Friends of the Earth
  • Lawyers for Animals
  • Jane Goodall Institute
  • Humane Society
  • Last Chance for Animals
  • Leukaemia Foundation
  • Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals
  • Sea Shepherd Conservation Society
  • World Society for the Protection of Animals

W Melbourne Kindness Trust ufundował biurowiec Kindess House w którym ma swoją siedzibę wiele pomocowych NGOsów. To coś w rodzaju inkubatora dla takich przedsięwzięć. Podobno funkcjonują tam następujące zasady organizacyjne:

  • Wszelkie zasoby jak internet i przestrzeń biurowa są dostępne nieodpłatnie (wyjątek stanowią rachunki telefoniczne, które to organizacje muszą opłacać same).
  • Jesz mięso na terenie biura - wypad z baru.
  • Masz psa i nie bierzesz go ze sobą do biura - wypad z baru. ;)

Zdjęcie lotnicze ujawnia wielki napis 'GO VEGAN' na dachu budynku:

W trakcie debaty Wollen powiedział m.in.:

Mięso powinno zniknąć z jadłospisu, ponieważ z jego produkcją wiąże się zbrodnia przeciwko ludzkości o nieprawdopodobnej skali.

Napiszę wkrótce jakie przesłanki prowadzą do takiego wniosku. I tak sobie myślę, że mało kto może pozwolić sobie na publiczne wypowiadanie tego rodzaju sądów. Oto człowiek, który ma szansę skruszyć skorupę moralnej znieczulicy i najzwyklejszej ignorancji. Ale pewnie wielu powie, że po prostu zdziwaczał facet na starość.

Ale jeszcze inny człowiek ostatnio "dziwaczeje" - Bill Gates:

Komentatorzy sugerują iż Getes przewidujący postępujące zastępowanie produktów odzwierzęcych ich roślinnymi analogonami jest pod wpływem Biza Stone'a - jednego z bardziej wpływowych ludzi w IT, założyciela Twittera, weganina. Stone maczał palce w odpaleniu Bloggera (na którym właśnie publikuję tego posta), a także napisał dwie książki na temat blogowania. W roku 2009 zyskał tytuł 'nerda roku' przyznany przez magazyn GQ. oraz tytuł jednego z Najbardziej Wpływowych Ludzi TIME'a. Stone zainwestował ostatnio w firmę Beyond Meat produkującą roślinne analogony mięsa naśladujące perfekcyjnie jego smak, zapach i teksturę, a równocześnie o znacznie niższych kosztach produkcji, a przy tym oczywiście o niebo zdrowsze.

Właśnie teraz odbywa się sympozjum Veganpalooza. Polecam szczególnie przejrzenie listy mówców. Są to ludzie dojrzali, od lat obecni czy to w mediach, czy na polu działalności społecznej, pro-zwierzęcej, czy też związanej z promocją zdrowego stylu życia. Ich głos jest coraz silniejszy, a książki sprzedają się w coraz większych nakładach.

Wollen mówi tak (źródło):

They should realize that we have already won the battle in the marketplace of ideas. Nobody can seriously dispute the vegan facts. Industry fights back because they are motivated not by reason, but by ritual. I quoted Upton Sinclair in my rebuttal during the debate “It is impossible to get a man to understand something when his salary depends on him not understanding it”. Even the quiet and reserved Peter Singer, laughed and applauded! Our challenge is to fight both the ignorant and the deliberately obtuse. There is a wonderful saying in Swahili “It is impossible to wake up a man who is only pretending to be asleep”.

I faktycznie mam wrażenie, że argumenty obrońców praw zwierząt trafiają w końcu do szerszej opinii publicznej - nie są już zupełną egzotyką, lub nieszkodliwą ekstrawagancją. Pisałem wcześniej o reakcjach na książki Ruby Roth. Temat absurdów cywilizacji zbudowanej na masowej zamianie organizmów zwierząt w fabryki produkujące białko co i rusz pojawia się w tej czy innej formie na forum ONZ. Oby prognozy Gatesa się sprawdziły.

Ja postanowiłem sobie, że poczytam więcej w temacie wpływu produkcji mięsa na środowisko. Argumenty z tego zakresu łatwiej trafiają do mniej empatycznych, a bardziej racjonalnych odbiorców. W szczególności do tych, którzy stawiają prawa ludzi znacznie ponad prawami innych gatunków. Wollen argumentuje za tym, że nie mamy tu wyłącznie do czynienia z zagadnieniem praw zwierząt, ale też zagadnieniem z zakresu sprawiedliwości społecznej. On widzi świat holistycznie. Ekonomia, ekologia, prawa człowieka, prawa zwierząt, wszystkie te konceptualizacje stapiają się w jeden bardzo spójny światopogląd. Jakie są jednak jego źródła?

Światopogląd Wollena wynika z wyznawanych wartości - mówi iż najpiękniejsze słowo jakie kiedykolwiek i gdziekolwiek powstało pojawiło się jakieś 5000 lat temu w Indiach i brzmi ahimsa, co oznacza zasadę niekrzywdzenia żadnych żywych istot. Oczywiście nie jest to możliwe do osiągnięcia, ale zawsze powinno być celem.

So I don’t see myself simply as vegan, Australian, male, or whatever arbitrary label others put on me. I am “Ahimsan”. An overarching noun which best captures most of my beliefs. I reject violence, not just in what I eat and wear. But I also (try to) do so in what I say, and what I think. We may be American, Indian, Australian, German, English, or Palestinian. We may be Hindu, Christian, Muslim, Buddhist, Sikh, Jain or Jew (or no religion at all). But if we are to live a truly authentic life we can easily share common ground – without sacrificing our other beliefs. That beautiful meeting place is “Ahimsa”. Because it describes our character. Period. It says we oppose violence in everything we do.

I casually mentioned this term in conversation with the remarkable Member of Parliament, Mrs Maneka Gandhi. She remarked. “Well, one day the world will see Ahimsans as educated, enlightened and elegant people”.

Kupiłem domenę ahimsans.org. Wkrótce coś tam powinno się pojawić.

wtorek, 5 czerwca 2012

Wektory instynktów

Myśliwym ku przestrodze. Niepowtarzalne doświadczenie bycia oprawcą i ofiarą równocześnie. Symulowalne do pewnego stopnia dzięki paintballowi - zabawie w wojnę. Skonceptualizowałem ten najdziwniejszy z dziwnych efekt, siedząc kiedyś w bunkrze i dumając na czym polegają te emocje które właśnie przeżywam. Od tej pory nie gram już w paintball.

Wittgenstein siedząc w okopach I wojny światowej napisał Tractatus Logico-Philosophicus - książkę objętości broszurki, a mimo to uchodzącą za kluczowy tekst filozoficzny XXw.

Trochę wcześniej młody Ludwig Wittgenstein pobierał nauki w jednej szkole z Adolfem Hitlerem.

Czy na tej fotografii faktycznie znajduje się mały Ludwig? - są co do tego wątpliwości. Czy się spotkali? Jeśli tak, to czy się lubili, czy też nienawidzili, choćby ze względu na pochodzenie tego pierwszego? Czy już wtedy młodemu Adolfowi tak łatwo było dehumanizować - zrównywać "innego" ze zwierzęciem. Dehumanizacja stanowi trzecie stadium rozwoju procesu prowadzącego do ludobójstwa według modelu Stantona.

sobota, 5 maja 2012

Płeć klocka

Świetny materiał o genderyzacji klocków LEGO - poważna filozofia kultury w popkulturowej formie. Wszystko co pomyślałem na ten temat zobaczywszy nową serię LEGO Friends, choć nie potrafiłbym ubrać tego w słowa tak pięknie jak Anita Sarkeesian.

Ale może zacznę od tego czym jest genderyzacja. Byliśmy jakiś czas temu na koncercie wspaniałej Kaki King, najlepszego gitarzysty ever. Pod koniec imprezy Kaki zareklamowała t-shirty z ręcznie robionym artworkiem, zaznaczając też że są dostępne w damskim i męskim fasonie, po czym dodała: "but you know, you don't have to genderize it".

Gender to płeć kulturowa, czy też społeczna. Te wszystkie stereotypy, role, wartości, słowem wszelkie asocjacje łączone powszechnie z płcią biologiczną, a będące w istocie pochodną ewolucji konwencji kulturowych. Genderyzacja zachodzi wtedy, kiedy formy przedmiotów przeznaczonych dla ogółu populacji zostają naznaczone elementami kojarzonymi w danej kulturze z określoną płcią. Zjawisko nie dotyczy wyłącznie sfery produkcji, choć tu najłatwiej je dostrzec. Mamy wszak do czynienia z maskulinizacją, lub feminizacją określonych zawodów, czy dziedzin wiedzy. Określone sposoby działania rezerwujemy powszechnie dla określonych płci, etc.

W samej genderyzacji nie ma nic zdrożnego - dla badacza kultury jest ona po prostu zjawiskiem które można opisać, paralelnym np. z modą. Opis jest czasami o tyle trudny, że przez większość czasu genderyzacja pozostaje dla nas przezroczysta, bo w niej wyrośliśmy i ją wciąż współtworzymy. A wszak w społeczeństwie zdarzają się jednostki nie akceptujące form płci kulturowej przypisanych do ich płci biologicznej - np. transwestyci. W społeczeństwie mogą oni spotkać się z potężną dezaprobatą, czy wręcz pogardą, ale właśnie ich transgresyjna kondycja pozwala zrozumieć konwencjonalny charakter płci kulturowej funkcjonujący w naszych głowach. Miast gardzić, pomagajmy sobie w dekonstruowaniu własnych schematów myślenia - niekoniecznie po to, by je odrzucać, lecz by lepiej zrozumieć siebie samych.

Dawniej genderyzacja zabawek nie przybierała tak ostrych form jak dzisiaj - sam pamiętam czasy braku wyraźnego podziału na klocki LEGO "dla chłopców" i "dla dziewczynek". Aż trudno uwierzyć jak bardzo genderyzacja postępuje w wielu dziedzinach życia, mimo całej feministycznej krytyki społeczeństwa. Współczesne systemy ekonomiczne kultury zachodu opierają się w dużej mierze na wytwarzaniu rynku zaspokajania nieistniejących wcześniej potrzeb. Dawniej istniał jeden rodzaj szamponu, a teraz mamy dziesiątki ich rodzajów od każdego z producentów - do włosów suchych, tłustych, z łupieżem, po farbowaniu, z odżywką, etc. Jeszcze ciekawiej to wygląda w przypadku produktów technologicznych, bo tu nowe potrzeby uświadamiane są konsumentom w tempie wręcz ekspresowym - komputery, laptopy, telefony komórkowe kolejnych generacji, z kolorowym ekranem, z polifonicznymi dzwonkami, smartphone'y, netbooki, tablety. Obuwie sportowe jest obecnie maksymalnie specjalizowane do specyfiki wszelkich możliwych dyscyplin. Te wszystkie procesy przekładają się na coraz większą specjalizację produktów, pozwalającą na maksymalną penetrację nisz reprezentowanych przez konsumentów o różnych zainteresowaniach. Genderyzacja idzie z tym w parze - masowo produkowane uniwersalne przedmioty muszą być naznaczone stygmatami płci kulturowej, ot choćby takimi jak kolor - "różowy dla dziewczynek, a niebieski dla chłopców". Ale spróbujmy cofnąć się w czasie o jedno stulecie. Oto jak wyglądało to w 1918 roku:

Akceptowana powszechnie reguła brzmi: różowy dla chłopców, a niebieski dla dziewczynek. A to z tego powodu, że różowy jest kolorem bardziej zdecydowanym i mocniejszym, a więc odpowiedniejszym dla chłopców, podczas gdy niebieski, który jest bardziej delikatny i gustowny, jest piękniejszy dla dziewcząt.

Od lat czterdziestych XX w. norma społeczna uległa kompletnemu odwróceniu. Swoją drogą ciekawe z jakich powodów.

Ale jaki jest w ogóle cel krytycznego przyglądania się ewolucji form i treści w przypadku klocków LEGO? Otóż te klocki nie są zwyczajną zabawką. Rozwijają pamięć, wyobraźnię przestrzenną i stymulują dziecko do kreatywności przejawiającej się w produkowaniu własnych konstrukcji. To są zabawki produkowane masowo (co może uświadomić fakt, iż firma LEGO jest największym na świecie producentem opon ;) ) i powszechne wśród dzieci kultury zachodu, i jak przypuszczam ich ogólna rola we wspomaganiu rozwoju poznawczego człowieka jest bardzo znacząca, choć równocześnie trudno wyobrazić sobie w praktyce badania, które by taką tezę falsyfikowały. W serii Friends, odwiecznie symboliczne miniaturowe postaci LEGO stają się nagle znacznie bardziej zantropomorfizowane - jak lalki. W tych zestawach aspekt konstruowania schodzi na dalszy plan - na pierwszy wysuwa się zabawa postaciami wyłącznie kobiecymi, żyjącymi w stworzonym dla nich świecie. Czy nie należało zwyczajnie zwiększyć ilość postaci kobiecych w tradycyjnych zestawach? LEGO zapędziło się w ślepy zaułek całkowicie maskulinizując w przekazie reklamowym swoją dotychczasową ofertę. Obecna próba feminizowania niektórych zestawów (chłopcy na pewno nie ruszą tych "dziewczyńskich" klocków) z pewnością przyniesie firmie znaczące przychody, lecz jakie będzie to mieć długofalowe konsekwencje dla rozwoju naszych dzieci?

Pracuję w branży IT, która chlubi się działaniem według standardów wyznaczonych przez merytorkację. W przypadku ewolucji technologicznej organizacje ignorujące ustrój merytokratyczy nie mają szans w wolnorynkowej konkurencji. Jeśli chodzi o komponenty oprogramowania i metody jego rozwijania, należy wciąż dyskutować o wadach i zaletach danych rozwiązań, tak by w efekcie wybrać te optymalne (ten ekosystem wciąż ewoluuje). Stosowanie technologii i metodyk odgórnie i arbitralnie narzuconych niesie ryzyko znacznego zmniejszenia konkurencyjności firmy branży IT, a w konsekwencji nawet jej bankructwa. Przez analogię do ewolucji biologicznej można wręcz mówić o doborze naturalnym, a zachowywanie merytokracji jest jednym z istotnych czynników decydujących o adaptacji organizmu danej organizacji (niekoniecznie korporacji, co pokazuje żywotność ruchu otwartego oprogramowania egzystującego właśnie dzięki skrajnemu wyzyskiwaniu merytokratycznej orientacji).

Obserwuję wciąż jak niekorzystne z punktu widzenia branży IT skutki przynosi genderyzacja, i ogólna maskulinizacja związanych z tą branżą zawodów - np.:

  • Presja społeczna otoczenia (np. rodzice) działa wciąż w ten sposób, że nawet mimo początkowych technicznych zainteresowań dziewczyny wybierają potem inne ścieżki edukacji.
  • Popkulturowy wizerunek "informatyka", geeka, czy nerda odstrasza od inżynierii kobiety. Tym bardziej że z genderyzacją paralelne jest dowartościowywanie aspektów estetycznych, nie zaś wiedzy. Emisja serialu Big Bang Theory wiąże się ponoć ze zwiększonym zainteresowaniem studiami z dziedziny fizyki teoretycznej, niestety mam wrażenie że z kolei emisja serialu The IT Crowd ma dokładnie odwrotny skutek dla branży IT.
  • Genderyzowane klocki LEGO - konstrukcyjne dla chłopców, a "życiowe" dla dziewczynek, będą prowadzić jak można przypuszczać do utrwalania różnic w kontekście poznawczym u dzieci różnej płci.

Podtrzymywanie kulturowych paradygmatów w związku z którymi branża IT traci niemal połowę potencjalnych pracowników (choć różnie to bywa w różnych stronach świata) jest absurdalnie niemerytokratyczne.

Seria LEGO Friends wzbudziła kontrowersje do tego stopnia, że powstała petycja protestacyjna skierowana do władz koncernu. Zachęcam do jej podpisania.

Wykorzystane w tekście zdjęcie pochodzi z artykułu LEGO Bets on the Ladies… and Misses the Mark, w którym autorka dzieli się garścią bardzo gorzkich osobistych refleksji na ten temat:

Jak większość małych dziewczynek, moja córka karmiona była stałym strumieniem medialnego przekazu mówiącego że wartość dziewczyny określa jej wygląd. I mimo najszczerszych wysiłków jej mamy, by nauczyć ją że jest inaczej, ona w to wierzy.

A tutaj druga część materiału Anity Sarkeesian:

wtorek, 10 kwietnia 2012

Nerdowskie dialogi: niewyuczone konwencje społeczne

To działo się latem. Siedzieliśmy z Alanem nad brzegiem morza, kiedy misiu zaczął głośno komentować aparycję przechodzących tuż przy wodzie ludzi:

- Ten pan ma nabombany brzuszek - usłyszał mężczyzna o bardzo obfitej tuszy.
- Ten pan ma pomalowany cycuś - tak został skwitowany chłopak o pokaźnej muskulaturze ozdobionej sporych rozmiarów tatuażem.

Więcej o serii Nerdowskie dialogi.

piątek, 2 marca 2012

Źródło genocydów

W nawiązaniu do dyskusji pod postem Feminizacja świadomości:

Wszystkie masowe mordy były konsekwencją żywionego przez przedstawicieli grupy mordującej przekonania, że mordowani w jakiś sposób się od nich różnią - np. w związku z innym pochodzeniem etnicznym, rasą, klasą społeczną, wyznawaną religią, i co najważniejsze w związku z innym typem genomu (największy nieprzerwany masowy mord w historii).

Łatwo to stwierdzenie sfalsyfikować podając przykład genocydu przeprowadzonego z innej motywacji. Czy znacie takie przykłady?

niedziela, 19 lutego 2012

Feminizacja świadomości

Wczoraj byłem na wykładzie Xaviera Bayle, temat brzmiał "feminizacja świadomości". Mocno mnie to wydarzenie poruszyło. Po części ze względu na drastyczność faktów relacjonowanych bez żadnych ogródek, po części ze względu na bliski mi temat, ale przede wszystkim ze względu na szczerość i otwartość prelegenta - hiszpańskiego artysty, czy też raczej artywisty, mieszkającego od jakiegoś czasu w Polsce. Polski nie jest jego językiem ojczystym, ale mimo to, a może po części właśnie dzięki temu, siła ekspresji tego człowieka zrobiła na mnie wielkie wrażenie.

Opowiadał on tak naprawdę o historii swojego aktywizmu i związanej z tym autorefleksji. Protest zawsze skierowany jest przeciwko czemuś, więc Xavier próbował jak najgłębiej zrozumieć czemu tak naprawdę się sprzeciwia. Promocja weganizmu motywowana jest sprzeciwem wobec założenia, iż zwierzę którym jest człowiek traktuje się lepiej niż inne gatunki. Idee typowe dla feministycznej krytyki społecznej to z kolei wyraz protestu przeciwko nierównemu traktowaniu kobiet i mężczyzn. Analogicznie idee lewicowe, to protest przeciwko nierównemu traktowaniu ludzi ze względu na status materialny, pochodzenie społeczne, etc.

Wspólny mianownik dla wszystkich tych form protestu stanowi przekonanie, które Xavier określa mianem egalitaryzmu, co symbolizuje czysty, biały slajd jego prezentacji - wszystkie istoty są równe. Bardzo szeroko rozumiany egalitaryzm staje się zatem wartością autoteliczną, aksjologicznym arché - pierwotną zasadą określającą warunki poprawnych wartościowań etycznych, a wszelkie formy aktywizmu ważne dla Xaviera, sprowadzają się tak naprawdę do zabiegów o przywrócenie egalitaryzmu w tych kontekstach, w których go obecnie brakuje.

Pozostaje pytanie, o źródła deficytów egalitaryzmu - zamiast leczyć skutki, może warto usunąć przyczynę wszelkich nierówności? Na licznych przykładach Xavier próbował pokazać, że defaultowa we wszelkich ludzkich kulturach akceptacja nierówności między:

  • ludźmi
  • kobietami, a mężczyznami
  • ludzmi, a innymi niż nasz gatunkami zwierząt

jest tak naprawdę konsekwencją utrwalających się od 6000 lat patriarchalnych paradygmatów społeczno-cywilizacyjnych. Najsensowniejszy aktywizm właśnie w nie przede wszystkim powinien uderzać, i je kwestionować.

Większość egzemplifikacji bazowała na zestawieniu patriarchalnej eksploatacji kobiet (np. w związku z przemocą lub reifikowaniem ich osób do poziomu inkubatorów produkujących żołnierzy, czy pracowników), a analogicznym uprzedmiotowieniem zwierząt hodowlanych, głównie wszak samic (masowa wymuszona reprodukcja, ubój, inseminacja, etc.). Na jednym slajdzie Xavier zestawiał np. analogiczny patologiczny stan ludzkiej waginy i kurzej kloaki, spowodowany analogiczną eksploatacją - tego rodzaju porównań było wiele, a wszystkie bardzo drastyczne.

Skoro nie patriarchat, to matriarchat - nie tyle feminizm, co "feminizacja świadomości". Nasycenie dyskursu kobiecymi wartościami takimi jak:

  • opiekuńczość i troska o innych zamiast agresji
  • dialog i konsensus zamiast walki
  • współdziałanie zamiast rywalizacji
  • relacje poziome zamiast hierarchii

Właściwie to co mówi Xavier, bardzo mocno pokrywa się z moim światopoglądem. Nazywam siebie feministą, ale nie dlatego iż afirmuję nową kobiecość budowaną na genderowo męskich wartościach, lecz dlatego iż chciałbym, by kultura nasza najwyżej stawiała typowo genderowo kobiece wartości.

Jedyny mój zarzut co do wykładu dotyczy wyidealizowanego obrazu funkcjonowania matriarchalnych społeczności. Brak rzetelnych danych antropologicznych co do takich grup w kulturach Pan sapiens. Kultura szympansów bonobo stanowi z kolei dosyć interesujący przykład matriarchatu - swoją drogą interesuje mnie jakie znaczenie w tym kontekście ma aspekt promiskuityzmu Pan paniscus - kontaktów seksualnych w stadzie nieograniczonych ani pozycją osobnika w hierarchii, ani monogamią, ani standardami heteroseksualnymi. Do jakiego stopnia rozluźnianie opresji seksualnej w kulturze ludzkiej korelować może z ową "feminizację świadomości"?

Xavier pokłada nadzieję w feminizowaniu świadomości małych społeczności - chodzi o pojawienie się oddolnych zmian w świadomości trybalnej, coś na kształt indiańskich plemion. To z pewnością ważne. Ja mam natomiast wrażenie, że te "najzdrowsze" społeczeństwa odkryły w mniejszym lub większym stopniu o czym tu mowa. Mam na myśli Skandynawów. Ilość kobiet w polityce Danii, Szwecji, czy Finlandii, jest jak sądzę symptomem bardzo wartościowych przemian w zakresie "feminizacji świadomości", dokonujących się od lat w tych krajach.

Miałem okazję wiele razy obserwować efekty tych procesów na ulicach Kopenhagi, Sztokholmu, czy Oslo, ale także odnaleźć je w kręconych tam filmach, pisanej tam literaturze dla dzieci, ale przede wszystkim usłyszeć w rozmowach o wartościach prowadzonych z mieszkającymi tam ludźmi. Jakoś z całym tematem skojarzył mi się holenderski film "I am a girl":

Na nieszczęście dla pozaludzkich gatunków zwierząt, właśnie surowy klimat północy Europy spowodował iż żyjący tu ludzie bardziej niż inni zaczęli opierać swe przeżycie na niewolniczej eksploatacji innych gatunków. Właśnie o absurdzie tego zbrodniczego patriarchalnego paradygmatu traktował pokazany na początku wykładu film:

niedziela, 12 lutego 2012

Historia najszlachetniejszej wynalazczości

Poniżej recenzja xiążki Stulecie chirurgów Jürgena Thorwalda, zamieszczona kiedyś na serwisie BiblioNETka. Text wygładziłem i trochę też dodałem:

Stulecie chirurgów ma dla mnie wymiar bardziej filozoficzny, niż historyczny czy popularnonaukowy. Fizyczny ból i towarzyszące mu cierpienie oznaczają dziś dla nas coś zupełnie innego, niż dla ludzi żyjących na przestrzeni całej historii, aż do wieku XIX i początków XX - to bardzo istotne informacje dla zainteresowanych ewolucją kultury. Dość powiedzieć, że cesarskie cięcie, czy atak wyrostka robaczkowego, oznaczały dawniej niemal pewną śmierć.

Thorwald opisuje nagły i bardzo dynamiczny rozwój deprecjonowanej wcześniej praktyki medycznej. Zmiany możliwe są przede wszystkim dzięki złamaniu wielu kulturowych tabu:

  • "powłok ciała się nie otwiera" (przynajmniej nie w celu medycznym, tortury to już co innego)
  • "nie można dotykać pracującego serca"
  • "ropa świadczy o gojeniu się ran"
  • "cierpienie jest nieodłączną konsekwencją leczenia"
  • "mózgu się nie rusza"

Ta tabuizacja częstokroć motywowana była religijnie. Wszak skuteczność medycyny (przede wszystkim awangardy chirurgów), czyni człowieka w znacznym stopniu odpornym na nieubłagane "siły natury" i "wyroki boskie".

Zmiany w chirurgii nie zachodziły samoistnie. Wpisane były w szerszy kontekst cywilizacyjno-kulturowy, związany z bardzo szybkim rozwojem wielu dziedzin wiedzy. Thorwald pokazuje, że na przyszły kształt kultury, i na przyszłą świadomość społeczną, rozwój medycyny wpłynął w stopniu nie mniejszym niż osiągnięcia nauk przyrodniczych, technika, mass media etc. Taka perspektywa często umyka, bo współczesną relatywnie skuteczną medycynę, traktujemy dziś w kulturze zachodu jako coś "naturalnego". Dzisiejsze typowe zabiegi medyczne, nie mają jednak w istocie prawie nic wspólnego z popularnie rozumianą "naturą".

Chirurdzy na szczęście rzadko kiedy musieli bardzo zdecydowanie sprzeciwiać się utrwalonym kulturowo schematom. Wszak najczęściej przesłanką ich działania był głęboko etyczny sprzeciw wobec cierpienia i śmierci własnych pacjentów - oto legitymizacja, którą na szczęście niełatwo podważyć. Oczywiście i w krótkiej historii rozwoju tej dziedziny często mamy do czynienia z inną motywacją działań - ludzką próżnością, żądzą sławy i bogactwa.

Często można spotkać się z opinią, iż to doświadczenie wojny i działania ludzi postępujących głęboko amoralnie, w rodzaju Josefa Mengele czy Shirō Ishii, były faktycznym motorem postępu w medycynie. Istnieje jednak zupełnie nie subtelna różnica, między łączeniem dla eksperymentu układu pokarmowego człowieka z jego układem wydalniczym, a pierwszym cesarskim cięciem przeprowadzonym tak, że matka dziecka ów zabieg przeżyła. Z etycznej perspektywy różnica motywacji jest tu wielka.

Właśnie ta pozytywna w sensie etycznym motywacja staje się motorem niebywałej wręcz wynalazczości i zaawansowanych badań (narkoza, antyseptyka, narzędzia chirurgiczne). Niestety, jak to się bardzo często w historii ludzkości zdarzało, zbyt śmiałe koncepcje nie potrafią przebić się przez skorupę dogmatu i utrwalonych wzorców postępowania. W nauce mamy w takiej sytuacji co najwyżej do czynienia ze stagnacją, czy małym regresem, dezaprobatą dla skuteczniejszych, lepiej objaśniających teorii. W medycynie urasta to do problemu etycznego. Thordwald opisuje samobójstwo lekarza, który zorientował się, że przyczyną śmiertelnej gorączki pacjentek jego kliniki położniczej było zakażenie w wyniku badania przeprowadzonego nieumytymi po sekcji zwłok rękoma. Oto problem wszelkiej nauki uprawianej dla ludzi, która równocześnie odhumanizowuje, wielki problem także współczesnej medycyny.

To co najbardziej podziwiam u chirurgów jako ludzi, to umiejętność wyłączenia empatii. Potrafią rozmawiać z własnym pacjentem traktując go podmiotowo (aczkolwiek bardzo rzeczowo), po czym nagle ciało tego człowieka staje się na chwilę przedmiotem - mechanizmem biologicznym który trzeba naprawić. Gdyby nie rozwój anestezjologii, chirurgów z pewnością byłoby mniej.

Opis do zdjęcia ilustrującego ten post, a opublikowanego w National Geographic, był następujący:

Zabrze, Polska, 1987 James L. Steinfield

Po całonocnej operacji Zbigniew Religa, lekarz, który nauczył się przeprowadzać transplantacje serca, czytając publikacje naukowe, śledzi na monitorze oznaki życia pacjenta. Wyczerpany asystent drzemie.

Podobnież pacjent ten przeżył swego lekarza.

Dziękuję wam, ludzie potrafiący traktować nas jak przedmioty, dzięki waszej pracy nasze życie ma często nieporównanie większą jakość. Tym bardziej jest to cenne, jeśli stanowi zarazem motywację waszego działania, w co głęboko wierzę.

niedziela, 5 lutego 2012

Nerdowskie dialogi: design czy patterns

- Piękny domek Alanowi zbudowałaś, ale tak go sobie wcześniej zaprojektowałaś w głowie jak Tesla?
- Nie, jak fawelę go zrobiłam.

A teraz objaśnienia.

Tytuł posta nawiązuje do tzw. wzorców projektowych. Teoria wzorców pełni bardzo istotną rolę we współczesnej inżynierii oprogramowania, ale co ciekawe źródłem koncepcji jest architektura. Christopher Alexander opisał tzw. język wzorców - praktykę wykonywania typowych elementów w budownictwie, ale także w ogólnym zagospodarowaniu przestrzeni. W środowisku zawodowym architektów, w przeciwieństwie do środowiska programistów, te idee nie znalazły szerokiego oddźwięku - wykraczają poza obecny paradygmat tej dziedziny. Są jednak budowniczowie, którzy świetnie wykorzystują wzorce projektowe w praktyce, o czym za chwilę.

Nikola Tesla był jednym z geniuszy XX wieku i zajmuje poczesne miejsce w panteonie celebrytów nerdowskiego świata.

Tesla widział elektryczność, to znaczy miał tak wspaniałą wyobraźnię przestrzenną, że skomplikowane urządzenia modelował w umyśle i nie potrzebował żadnego innego pomocniczego medium w rodzaju ołówka i papieru. Wśród licznych swych ekstrawagancji i dziwactw, był też wegetarianinem, czym jeszcze bardziej zaskarbia sobie moją sympatię. David Bowie wcielił się w rolę Tesli w filmie Prestiż

A oto bardzo nerdowska zabawa możliwa współcześnie dzięki dokonaniom Tesli:

A fawela wygląda tak (tutaj powiększenie):

Wbrew futurystycznym wizjom przyszłych domów ze stali, szkła i betonu, miasta przyszłości będą prawdopodobnie budowane głównie jak fawele.

Dzielnice slumsów i fawele powstają bez określonych projektów architektonicznych i wbrew oficjalnym koncepcjom zagospodarowania przestrzeni. Te nowe miasta rosną organicznie - na podobieństwo tworów biologicznych. Budowniczowie replikują jedynie pewne wzorce projektowe. Podobnie budowano miasta w średniowieczu.

A tu dla porównania jeszcze raz fawela:

Często pokazuje się analogie między wytwarzaniem oprogramowania, a budowaniem domów. W moim przekonaniu programistom i architektom rozwiązań IT znacznie bliżej jest do budowniczych faweli, niż do klasycznych architektów. Zadania twórców software'u polegają zazwyczaj na zapoczątkowaniu nowej gałęzi ewolucji memetycznej, która rozwija się potem "organicznie" w przestrzeni jednego z wielu ekosystemów technologicznych. Wszystko tu jest płynne - oprogramowanie często bywa nieaktualne, czy nieadekwatne, w chwilę po tym jak zostanie udostępnione użytkownikom. Te procesy wciąż przyśpieszają, a sukces ewolucyjny danego projektu IT zależy nie tyle od jego ogólnej jakości, co od modelu rozwoju wybiegającego znacznie w przyszłość.

Więcej o serii Nerdowskie dialogi.