Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 kwietnia 2013

Muzyka zaćmienia

Byliśmy z Alanem na spacerze. Słońce przyjemnie grzało cały czas, miła pogoda wiosenna. Schodziliśmy po schodach do przejścia podziemnego - miejsca ciemnego. Alan z wyraźną satysfakcją miarowo zeskakiwał schodek po schodku. A mi przypomniał się ostatni sen - śniłem o ciepłym Budapeszcie, w którym zaskoczyło mnie zaćmienie słońca.

Nagle, na tych schodach, usłyszałem muzykę. Skrzypce. Piękne dźwięki. Pomyślałem sobie momentalnie, że to pewnie ten etatowy młody grajek, którego w przejściu często widuję. Umiejętności zawsze miał bardzo marne, ale nadrabiał wytrwałością. Jeśli to on, to uczynił niebywały postęp.

Ale to nie był ten młodziak. Grał starszy mężczyzna w żółtej kurtce. Wyglądał trochę jak włóczęga, ale taki z klasą. Wydawał dźwięki przeszywające i świdrujące mój mózg, czyste i o pięknej barwie. Melodia nie miała większego znaczenia, być może nawet improwizował. Instrument miał stary, sfatygowany, wyglądający szlachetnie.

Wyciągnąłem zaraz piątaka i dałem Alanowi żeby wrzucił temu panu. Podeszliśmy. Alan miał problem z wrzuceniem monety do futerału. Człowiek przestał grać. Spojrzał mi w oczy, powiedział "dziękuję", po czym wylał z siebie bełkotliwy potok słów. Niewiele dało się z tego zrozumieć. Wyłapałem tylko "schizofrenia", i "to jedyne co umiem".

Alan nie był zainteresowany sytuacją. Ciągnął mnie dalej w kierunku galerii handlowej. Mężczyzna uścisnął mi mocno dłoń i odeszliśmy. Zza naszych pleców znowu zaczęły dochodzić te dziwne i piękne dźwięki. Próbowałem nakłonić Alana żebyśmy jeszcze posłuchali, ale był nieubłagany.

Wychodziliśmy po schodach znów na słońce. Przed nami wyrastał budynek galaktycznej świątyni konsumpcji. Po moich policzkach spływały wielkie łzy. To chyba była jednak altówka - ten dźwięk zbyt niski, głęboki i mocny. Wspaniały instrument.

piątek, 15 czerwca 2012

Nerdowskie dialogi: Logikomix

Czasem bawimy się z Pacią w zgadywanki. Jeśli pewien fakt bywa w jakiś sposób zaskakujący, to można bardzo zabawnie zgadywać w czym rzecz poprzez zadawanie pytań na które może paść wyłącznie odpowiedź tak lub nie.

- Zgadnij co dostałem dzisiaj od Kaktusa?
- Czy to jest nośnik memów?
- Tak.
- Xiążka?
- Tak.
- Beletrystyka?
- Nie.
- Kamasutra?
- Nie. ;)

Potem padło jeszcze kilka pytań - bawiliśmy się doskonale, ale całego ciągu dochodzenia do rozwiązania nie opiszę. W każdym razie Pacia zgadła. A ta książka to komiks o życiu Bertranda Russella. Na obrazkach tej historii sugestywnie odmalowani są giganci tamtych czasów, Moore, Whitehead, Frege, Cantor, Hilbert, Wittgenstein, Gödel, Turing i jeszcze kilka innych postaci. Ludzie którzy położyli teoretyczne podwaliny pod to, czym dzisiaj zajmuję się w praktyce.

- Będziesz czytał taki komix w kiblu?
- A co?
- To jak świętokradztwo. Jakby czytać brewiarz na sraczu.

Nie mogę czytać Logikomixu za dużo na raz. Nie zachwyca kreską, ale jeśli chodzi o treść, to każda kartka wzbudza we mnie całą potężną sieć asocjacji. Wszak czytałem teksty tych ludzi, a także ich biografie. Pewnych faktów jednak nie znałem. Np. dowiedziałem się, że rodzice Russella żyli w ménage à trois z guwernerem ich dzieci. Próbując przeczytać coś więcej na ten temat trafiłem na zjawiskową Esperanzę Spalding.

Więcej o serii Nerdowskie dialogi.

poniedziałek, 19 września 2011

O potrzebie transgresji

Początkowo chciałem odpowiedzieć Roziemu na komentarz pod postem rzeczywistość jest ciekawsza niż telewizja, ale wyszło tego trochę, więc będzie kolejny wpis.

To co zostało z inspiracji Nergala podarte, nie ma dla mnie dużego znaczenia. Chodzi mi raczej o mechanizm transgresji - przekraczania granic wyznaczonych przez kulturowe paradygmaty (tabu) - w tym przypadku judeochrześcijańskie. Sam mechanizm transgresji nie ma nic wspólnego z satanizmem, ale jeśli analizować motywację (skłonności psychologiczne, a nie poglądy) działań satanistów, to wyraźnie się ujawnia.

Weźmy prosty przykład transgresji w języku. W Polsce występuje bodaj jedno transgresyjne religijnie przekleństwo - "krucafuks". Ale w kulturze frankofońskiej takie terminy jak "komunikant", czy "tabernakulum" nie znane już są w ich znaczeniach religijnych, lecz funkcjonują powszechnie wyłącznie jako wulgaryzmy, i to o bardzo dużym ciężarze gatunkowym. Zasadzały się one pierwotnie na profanacji tego co sakralne poprzez zestawienie go ze świeckim i przyziemnym kontekstem - dziś mało kto pamięta etymologię tych słów.

Podobną transgresją jest przekręcenie krzyża do góry nogami, albo symulowanie bycia rubasznym biskupem. Najśmieszniejsze jest to, że powstały w ten sposób wizerunek antysakralny przepełniony jest jeszcze większą nawet pompatycznością niż pierwowzór - tym razem demoniczo-mroczną. Obserwacja tych procesów dostarcza mi sporo radości. ;)

Nie uważam by w samym mechanizmie transgresji było coś złego, sam znajduję przyjemność w byciu obrazoburcą. Mówienie o Jahwe jako mściwym bóstwie wulkanicznym, które stanowiło pierwowzór ideowy szatana, sprawia mi podobną satysfakcję, co kalanie wizerunku szatana sugestią że robi on kupę. :) Podobnie będę się nabijał wraz Fellinim z pokazu mody eklezjalnej, jak i z image scenicznego Behemota.

"Mordowanie kotów" o którym pisałem to oczywiście żart - figura czynu złego przypisywanego satanistom. Pamiętam z dzieciństwa na mojej dzielni ukatrupione koty. Kumple mający starszych kolegów mówili że to sataniści. Wśród ludzi kilka lat od nas starszych było ich sporo. Ile w tym prawdy, nie potrafię stwierdzić.

Niektórzy transgresji bardzo potrzebują na co dzień, a znęcanie się nad zwierzęciem również jest jej formą. Nie każda transgresja jest etycznie zła (np. modyfikacje ciała), lecz ta właśnie jest. Czy występy Nergala w telewizji mogą skłonić kogoś do transgresji? - z pewnością. Czy będzie to transgresja o negatywnych skutkach etycznych? - tego nie wiem, ale jest to w granicach prawdopodobieństwa.

Oficjalnych denominacji satanizmu jest kilka. Na studiach miałem kolegę laveyowca (tzw. satanizm ateistyczny), z którym wiele na ten temat przegadałem. Punkt 10 który Rozie podaje pochodzi z jedenastu przykazań satanizmu tego właśnie odłamu. Ale inne odłamy uznają szatana za osobę i jak przypuszczam czczą tę postać na różne sposoby. Z pewnością jakość obrządku zależy wtedy od stopnia transgresji, a ten skorelowany jest z przekraczaniem nie tylko norm dominującej religii (wymiar estetyczny), ale także norm etycznych.

Słyszałem kiedyś amerykański pole joke o Polaku homoseksualiście: spał z kobietami. Analogiczny można opowiedzieć o Polaku sataniście: jest ojcem chrzestnym. To też o Nergalu. ;)

niedziela, 18 września 2011

Rzeczywistość jest ciekawsza niż telewizja

Satanizm jest produktem ewolucji kultury, podobnie jak katolicyzm, czy chrześcijaństwo w ogólności. Tożsamość współczesnego satanisty nie jest autonomiczna w tym sensie, że buduje się w opozycji do tradycji chrześcijańskiej - przez negację, czy też transgresję. "Szatan", "diabeł", "Lucyfer", etc., to pojęcia żywe w zachodniej teologii, o zdecydowanie pejoratywnych konotacjach. W kontekście satanizmu pojęcia te zostają dowartościowane. Interesująca jest zatem geneza tych idei w tradycji chrześcijańskiej.

Silne przekonanie o istnieniu boga zła chrześcijaństwo zawdzięcza wpływom gnostyckim i manichejskim. Wywodziły się one zarówno z dawniejszych religii o silnie zaznaczonym dualizmie, jak i z tradycji greckiej. Dualizm to wizja współistniejących bogów dobra i zła. Wpływy filozofii greckiej z kolei powodowały wiązanie dobra z duchem, zła zaś z materią. Bóg zła to równocześnie demiurg - stworzyciel materii. Gnoza była oczywiście chrześcijańska - to znaczy postać Chrystusa zajmowała tu istotne miejsce. Był on rozumiany jako "wysłannik" boga dobra. Po przeczytaniu mitów o Jahwe gnostycy doszli do bardzo logicznego wniosku, iż ten stworzyciel materii (Genesis), a przy tym istota niesłychanie mściwa i oczekująca przejawiania agresji, musi być bogiem zła. No bo w końcu jaki wniosek można wysnuć po przeczytaniu opisu genocydów dokonywanych na przedstawicielach innych grup etnicznych i kulturowych - np. Madianitach. Chrześcijaństwo miało od samego zarania uniwersalne, czyli nie-etnocentryczne założenia. To stanowiło o jego nośności w ówczesnym tyglu kulturowym basenu Morza Śródziemnego. Obraz Boga zlecającego rzeź innych grup etnicznych, z pewnością nie pasował typowemu świeżemu chrześcijaninowi wyrosłemu w kulturze helleńskiej.

Poglądy gnostyckie stopniowo tępiono jako tzw. "herezje", czyli odstępstwa od ortodoksji. To co nazywano "herezją" stanowiło zazwyczaj złożony pogląd metafizyczny. By go podważyć, należało go najpierw zrozumieć i sformułować, a zatem uciec się do słownika pojęciowego "heretyków" i dzięki niemu "ortodoksję" dopiero wyprodukować. W tym przypadku polega ona zasadniczo na tym, że szatan istnieje jako osoba, ale nie można go nazwać bogiem. W ten podskórny sposób poglądy heretyków, z początku właśnie gnostyków, stawały się przez wieki częścią tak oficjalnej doktryny kościoła, co i wierzeń ludowych. Pokłosiem tych ewolucyjnych procesów jest współczesna koncepcja "szatana" - "osobowego zła", będącego antytezą dobrego i miłosiernego boga chrześcijańskiego monoteizmu. W oczywisty sposób prowadzi to do faktycznego politeizmu, szczególnie uwzględniwszy wszelkie hierarchie supernaturalnych bytów pośrednich jak anioły, czy przetransformowany w postać wierzeń maryjnych kult "bogini matki".

Satanista niszczący Biblię postępuje w pewnym sensie absurdalnie, choć prawdopodobnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Gdyby zniszczył części z mitami odnośnie życia Jehoszuy (tzw. Nowy Testament) byłoby to jeszcze zrozumiałe. Ale niszcząc tzw. księgi Starego Testamentu "w imię szatana", niszczy równocześnie najstarszą pisaną spuściznę po tymże - przynajmniej z punktu widzenia gnostyków, dzięki którym satanizm mógł się w ewolucji kultury wyłonić.

Piszę to w wszystko w kontekście występów Nergala-satanisty w TVP. W komentarzach hierarchów Kościoła katolickiego na ten temat pobrzmiewa właśnie esencjalne i zarazem osobowe rozumienie "wcielonego zła", którego wyznawcy nie można dopuszczać przed publiczne kamery. Podczas gdy "zło" które w dyskursie społecznym nas interesuje, nie jest metafizyczną konstytucją bytu supernaturalnego, lecz kwalifikacją etyczną ludzkich czynów. Trudno mi sobie wyobrazić, by same występy Nergala w telewizji były złe w sensie etycznym. Pozostaje natomiast pytanie, czy jego zaangażowanie będzie miało potencjał takiego wpływania na odbiorców, by w sensie etycznym postępowali źle? Wydaje mi się, że to najistotniejsze pytanie w obecnej sytuacji, ale niestety mam zbyt mało danych, by na nie odpowiedzieć.

Mam wrażenie że jedyną skuteczną metodą deprecjonowania satanistycznego patosu jest satyra. Czy ktoś, kto widział "kaka demona", skłonny będzie jeszcze do zabijania kota w celu złożenia ofiary szatanowi?

Boże, szatanie i wszelkie byty supernaturalne znane i nieznane razem wzięte - bądźcie błogosławione za to, iż uczyniłyście mnie wolnym od potrzeby gapienia się w telewizor. Jeśli tylko jest to w waszej mocy, to sprawcie jeszcze żeby telewizyjne memy nie przenikały do Internetu. ;)

Temat znalazł kontynuację we wpisie O potrzebie transgresji.

wtorek, 12 lipca 2011

Efekt struny i okularów

Ten wpis daje początek nowemu tagowi "efekt".

Efekt powstaje wtedy, kiedy nasze działania przynoszą zgoła nieoczekiwane rezultaty. Chodzi o docierające ze zmysłów dane, które są nietypowe, zaskakujące, a czasem przy tym wysoce estetyczne. Opisy efektów są o tyle stymulujące, że pobudzają wyobraźnię.

Oto efekt zaobserwowany dzisiaj:

drgająca struna wiolonczeli dotknięta oprawką okularów

sobota, 19 lutego 2011

Wiolonczeliści: gambista Jordi Savall

Miało być o wiolonczelistkach, a tym czasem w pierwszym odcinku skrzypek, a w drugim gambista. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko napisać, że viola da gamba była protoplastką wiolonczeli i kontrabasu.

Dźwięk tego instrumentu jest piękny do granic wytrzymałości. Pierwszy raz usłyszałem go kilka ładnych lat temu. Wróciłem późno do domu. Mieszkałem wówczas u dziadków, którzy o tamtej porze już spali. Zrobiłem sobie kolację i włączyłem telewizor. Trafiłem w środek filmu, jak się później dowiedziałem nosił tytuł Tous les matins du monde - Wszystkie poranki świata. To było jedno z tych doświadczeń, zrazu nie do końca ogarniętych, które zostawiają jednak w pamięci odcisk nie do zatarcia. Po kilku latach, kiedy już zdobyłem kopię Poranków, mogłem spróbować zrozumieć co się wtedy wydarzyło.

Film jest o pięknie - głębokim doświadczeniu estetycznym, którego może dostarczyć muzyka. Jest także o ludziach czasów baroku, o których w zasadzie nie wiemy nic, poza nutami które po sobie zostawili. Na kanwie impresji wywołanej emocjami zaklętymi w tych nutach, powstała najpierw książka, a potem film - fikcyjna historia Monsieur de Sainte-Colombe, jego córek, oraz ucznia Marin Maraise.

Książki nie czytałem, natomiast jeśli chodzi o film, to ma wrażenie iż zabieg kreacji rzeczywistości z muzyki paradoksalnie nie udał się kompletnie, a równocześnie udał się genialnie, bo może właśnie osiągnięcie tego "niepowodzenia" było intencją twórców. Oczywiście pod kątem wizualnym, ten kostiumowy film jest również wspaniały - złożony w większości ze statycznych ujęć. Akcja nie ma jednak żadnego znaczenia - w obliczu tła dźwiękowego blednie kompletnie. W którymś momencie to chwyciłem w całej jaskrawości - pomyślałem: "muzyka ważniejsza niż ludzie". Piękno artystycznej matematyki mózgu, w obliczu którego tracą znaczenie ludzkie losy i emocje - chociażby były najbardziej dramatyczne. Zostaje tylko muzyka - nuty.

Nigdy nie potrafiłem słuchać zbyt długo tzw. muzyki klasycznej. Z kolei muzyka baroku, czy też ogólniej tzw. muzyka dawna, urzekła mnie niepomiernie. Z fascynacji tymi dźwiękami, dopiero współcześnie na nowo odkrywanymi (ot choćby prawie nieznany przed XX w. Vivaldi), zrodziły się "Wszystkie poranki świata". Kluczowy w tym udział miał Katalończyk Jordi Savall. Wirtuoz viola da gamba, ale także muzyczny archeolog. To on odpowiada za ścieżkę dźwiękową filmu. Savall to nie tylko artysta, ale także człowiek-instytucja - w dużej mierze to dzięki niemu oraz wydawnictwu Alia Vox tak żywe jest dzisiaj zainteresowanie kompozytorami i instrumentami czasów renesansu i baroku.

sobota, 20 listopada 2010

Wiolonczeliści: skrzypek Michał Jelonek :)

To jest pierwszy post z cyklu "Moi ulubieni wiolonczeliści" i traktuje o ... skrzypku :) . Wiolonczela jest moim ukochanym instrumentem. Od jakiegoś czasu sam próbuję grać, niestety z marnymi efektami. Alan nie bardzo daje mi ćwiczyć - znajduje tę czynność dużo mniej atrakcyjną, niż zabawę nóżką wiolonczeli (można wysuwać). :)

Moje poważniejsze zainteresowanie muzyką smyczkową zaczęło się jednak od skrzypiec. Na jakąś imprezę ktoś przyniósł płytę zespołu Ankh, który właśnie zyskał pewien rozgłos po sukcesie na festiwalu w Jarocinie. To było objawienie - kapela, która miała w instrumentarium skrzypce, i to trzymane w rękach muzyka grającego wcześniej w orkiestrze symfonicznej - efekt był bardzo świeży. Oto jak prezentował się Ankh w Jarocinie w roku 1993:

Nabyłem od razu własną pierwszą kasetę Ankh, tzw. czarną, a zaraz potem białą - akustyczną. W zasadzie nie byłem fanem zespołu, lecz jego skrzypka - Michała Jelonka. Zacząłem też czytać różne biografie Paganiniego, i kupować kasety z nagraniami jego kaprysów i koncertów skrzypcowych. Pamiętam że w dzieciństwie muzyka skrzypcowa raczej mnie odstręczała. Nagle zacząłem znajdować wielką przyjemność w słuchaniu popisów gry skrzypcowej - kontemplować nie tylko piękno kompozycji (Paganini nie był bardzo wybitnym kompozytorem), ale także trudność wykonania danego utworu.

Czytałem kiedyś wywiad z Jelonkiem, w którym opowiadał w jaki sposób znalazł się w Ankh. Spotkali się całkiem przypadkowo, na jakimś przeglądzie teatralnym. Jelonek grał wcześniej w orkiestrze symfonicznej i występ z "rockmanami" był dla niego zupełnie nowym doświadczeniem. Jego koledzy technicznie byli przeciętnymi muzykami, natomiast mieli coś, czego w swoim dotychczasowym życiu muzycznym skrzypek nie doświadczył - poczucie wolności. Jelonek mówił, że poczucie wolności tworzenia, to właśnie to, czego zaczął się wtedy uczyć.

Mieliśmy z pacią okazję porozmawiać z Michałem, po którymś koncercie Ankh. Wyglądał już zupełnie inaczej niż w Jarocinie. Wpisał się w konwencję długowłosych frontmanów, a do skrzypiec podłączony miał efekt, przełączany stopą. Brzmienie było coraz ciekawsze.

Kolejne płyty zespołu Ankh zachwycały mnie stopniowo coraz mniej. Są tam pojedyncze kawałki które cenię. Jakość masteringu była dużo wyższa niż wcześniej, ale nie czułem już tej pierwotnej świeżości obecnej na czarnej płycie. Potem przeczytałem, że na ostatniej płycie Ankh Jelonek nie występuje wcale.

Jakaż była moja radość, kiedy okazało się że Michał po latach wydał nową płytę. Tutaj kawałek z tego wydawnictwa o wielce sugestywnym tytule BaRock:

Choć tytuł "Jelonek" sugeruje album solowy, skrzypek ma tutaj dosyć mocne wsparcie ze strony sidemanów. Co ciekawe na tym krążku nie ma ani jednego utworu z wokalem, co jak na polską scenę muzyczną stanowi duży ewenement. Szczerze mówiąc wokal najbardziej mi przeszkadzał w twórczości Ankh - tworzył specyficzny klimat, jak to ujął mój kolega, "artystowski" :) - cokolwiek pretensjonalny. Jakość dźwięku na "Jelonku" jest bardzo wysoka. Nasz współczesny Paganini nie jest może najciekawszym kompozytorem, za to technicznie doskonały i w dodatku czuje ducha dzisiejszej muzyki.