Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etologia. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2013

Osoby pozaludzkie

Czarny śnieg, gorący lód, znajdziesz je w poezji, ale w świecie już niekoniecznie. To tak zwane oksymorony - zestawienia słów o przeciwstawnych znaczeniach, rzadko występujące w języku potocznym. Osoba pozaludzka też takim oksymoronem zrazu się jawi, ale nim nie jest.

Przez lata definiowano osobę w ten sposób, by z góry odróżnić osobniki naszego gatunku, od tych należących do innych gatunków zwierząt. Wymyślono więc mnóstwo kryteriów rozróżnienia, np. według zdolności:

  • używania narzędzi
  • wytwarzania kultury
  • posługiwania się językiem
  • myślenia abstrakcyjnego
  • posługiwania się językiem w sposób twórczy
  • samoświadomości
  • świadomości siebie w czasie

I jakby nie patrzeć, wyszło z czasem w badaniach, że niektóre inne niż my zwierzęta osobami są. Konsternacja, nieprawdaż? Susan Savage-Rumbaugh pokazuje szympansy bonobo jeżdżące melexami, rozpalające ogień, i grające w komputerowego pac-mana. Te małpy całkiem sporo na temat swego życia potrafią opowiedzieć alfabetem symbolicznym.

Dla wielu osób szokiem jest dziś informacja o szympansie czy gorylu pytającym z pomocą języka migowego o to, co stanie się z nim po śmierci, czy o sroce przechodzącej test na samoświadomość. Te informacje są niespójne z owym przesądem rozumu, głoszącym, iż jedynie ludzie są osobami. Pozostaje więc albo termin osoba odrzucić zupełnie (w biologii używamy określenia osobnik), albo jeśli uznać go za sensowny i definiowalny, to konsekwentnie przypisać go także przynajmniej niektórym innym zwierzętom.

Wielu ludzi popierających drugą opcję uważa równocześnie, że takie wnioski winny przekładać się na przyznanie szympansom, delfinom, słoniom, i wielu innym zwierzętom, nie tylko abstrakcyjnego statusu w filozofii moralności, ale także wymiernej osobowości prawnej. Za tym szłaby również ochrona podstawowych ich praw.

Kiedyś stworzono już taki precedens. W 1772 roku uznano prawo do obrony w sądzie niewolnika Jamesa Somerseta, a w konsekwencji konieczne stało się uznanie go za osobę, co doprowadziło do rychłego oswobodzenia. Odebrany wcześniej odgórnie status osoby zrównał Somerseta ze statusem innych zwierząt. Precedens przyznania niewolnikowi osobowości prawnej miał więc kluczowe znaczenie dla późniejszego zniesienia niewolnictwa w świecie Zachodu.

Wyzwolenie zwierząt, zniesienie ich niewolnictwa, jest dla wielu ludzi kolejnym etapem zabiegania o sprawiedliwość społeczną - a chcą oni działać maksymalnie skutecznie. Z tych względów grupa obrońców praw zwierząt działająca pod szyldem Nonhuman Rights Project przygotowywała się przez ostatnie 5 lat do przekonania władzy sądowniczej stanu Nowy York, że przetrzymywany w małej przyczepie szympans Tommy jest osobą. Na początku grudnia 2013 został złożony stosowny pozew.

Grupa skupiona wokół Nonhuman Rights Project planuje w ciągu najbliższych 10-20 lat doprowadzić do podobnych precedensowych procesów sądowych na rzecz innych naczelnych, waleni, słoni, ptaków. Z pewnością ożywi to debatę publiczną na ten temat. W Indiach doprowadzono do zakazu niewolenia waleni w parkach rozrywki właśnie posiłkując się odwołaniem do kategorii osób pozaludzkich. Oby te kategorie myślowe jak najszybciej przeniknęły także kontekst pojęciowy kultury Zachodu.

Temat osób pozaludzkich - non-human persons, pojawia się coraz częściej i coraz więcej osób chce o nim mówić. W szczególności są to naukowcy zaangażowani w badania naczelnych i waleni. W zeszłym roku wpływowe gremium naukowe, w obecności Stevena Hawkinga, ogłosiło The Cambridge Declaration on Consciousness która dowartościowuje jak nigdy dotąd jakość świadomości zwierzęcej w zestawieniu z ludzką. Dopiero co odbyła się także konferencja Personhood Beyond the Human, gdzie pojawili się specjaliści działający w ramach Great Ape Project, a także delfinolodzy. Ci ostatni zachęcają do podpisania deklaracji praw waleni.

  1. Każdy waleń z osobna ma prawo do życia.
  2. Żadne walenie nie powinny być przetrzymywane lub niewolone; być poddane okrutnemu traktowaniu; lub być usuwane ze swojego naturalnego środowiska.
  3. Wszystkie walenie mają prawo do wolności przemieszczania się i bytowania w swym naturalnym środowisku.
  4. Żaden waleń nie jest własnością żadnego państwa, korporacji, grupy ludzi, lub jednostki.
  5. Walenie mają prawo do ochrony ich środowiska naturalnego.
  6. Walenie mają prawo by ich kultury nie podlegały zakłócaniu.
  7. Prawa, wolności i normy ustanowione w tej Deklaracji winny być chronione prawem międzynarodowym i lokalnym.
  8. Walenie są uprawnione do porządku międzynarodowego, w którym te prawa, wolności i normy mogą być w pełni zrealizowane.
  9. Żadne państwo, korporacja, grupa ludzi, lub jednostka nie powinna uczestniczyć w działalności podkopującej te prawa, wolności i normy.
  10. Nic w treści tej deklaracji nie powinno powstrzymywać władz przed gwarantowaniem ściślejszej ochrony praw waleni.

Język którym się posługujemy jest ważny. To on w dużej mierze wytwarza rzeczywistość naszych odniesień. Nie raz już się zdarzało, że oksymorony stawały się jego częścią.

  • szympans jest osobą
  • słoń jest osobą
  • delfin jest osobą
  • sroka jest osobą

I możemy tak wyliczać i poszerzać listę gatunków gdzie poszczególne zbadane osobniki wykazały się wyjątkowymi zdolnościami poznawczymi przypisywanymi wcześniej wyłącznie człowiekowi. Ale to jest podejście ekskluzywne - wciąż arbitralnie wykluczające z personhood większość świata zwierzęcego. W języku inkluzywnym należałoby więc zapytać nie tyle o to, które zwierzęta są osobami, lecz które nimi nie są? Ale na stawianie tego pytanie przyjdzie nam poczekać dłużej. Odpowiedzi nie doczekamy się być może nigdy.

piątek, 19 lipca 2013

Dlaczego chrześcijanie krzywdzą?


Sejm podtrzymał niedawno zakaz rytualnego zabijania, a w związku z tym głosowaniem w sieci pojawił się szereg interesujących komentarzy obrońców praw zwierząt, np. stowarzyszeń Otwarte Klatki,  Empatia, czy Uli Zarosy. Skoro zakaz dalej obowiązuje, to etyczni ateiści znajdą powody do zadowolenia - nie będzie bestialskiego zabijania z irracjonalnych powodów. Z kolei katolicy czy protestanci, na których religia nie nakłada kłopotliwych kulinarnych ograniczeń, w związku z całą sprawą poczują się zapewne moralnie lepsi niż muzułmanie i żydzi - w końcu dla aprowizacji chrześcijańskich stołów nie zabija się okrutnie torturując, a jedynie ... zabija. Jedynie? Stosunek, zarówno jednostek jak i całego społeczeństwa, do tzw. uboju rytualnego, jak w soczewce uwypukla istotne zmiany zachodzące w naszej moralności, związane ze zmianą stosunku do cierpienia w ogóle.

Kiedy widzimy że ktoś cierpi, staramy się by cierpiał mniej, a najlepiej by nie cierpiał wcale. Oczywiście nie robią tak bezwzględnie wszyscy - mechanizmu empatii pozbawieni są psychopaci. Ale u większości ludzi tak to właśnie funkcjonuje, że potrafimy współodczuwać, a samo współodczuwanie daje wystarczającą motywację do tego, by działać uśmierzając cudzy ból. A co jeśli nie możemy działać? Jeśli nasze starania o złagodzenie cudzego cierpienia nie mają szansy przynieść żadnego rezultatu? Co się wtedy dzieje z naszą empatią?

Wygnanie z raju
Wyganiając ludzi z sielskiego Edenu Bóg powiedział do Ewy: Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci. Do Adama zaś rzekł, iż od tego momentu by zaspokoić głód, będzie musiał się wielce natrudzić. Ów biblijny mit stanowi ciekawą próbę racjonalizacji źródeł naszych doczesnych męczarni, a równocześnie wyraża judeochrześcijańską tradycję cierpienia będącego nieodłączną częścią egzystencji. Żywot człowieczy wiąże się z nieustającym pasmem przykrych doświadczeń, już od momentu narodzin - taka była powszechna świadomość. Dawniej niemowlęta zawijano szczelnie w szmaty i podwieszano pod sufitem - tam płakały sobie, gdy ich rodzice pracowali w pocie czoła. Trudno to wyobrazić sobie współczesnemu empatycznemu rodzicowi, który wszak reagować będzie na najmniejsze dziecięce kwilenie, a co więcej swoją reakcję przypisze instynktowi. Gdzie był ten instynkt dawniej? Może zaginął, ponieważ wiele dzieci, jeśli nie większość, nie dożywała dorosłości? Umierały na różne choroby i nikt się tym specjalnie nie przejmował. Treny Kochanowskiego, w których autor opłakuje zmarłą Urszulkę, stanowiły w swoim czasie kontrowersyjny ewenement, ponieważ wtedy lamentowało się po uznanych osobistościach, a nie bachorach. Ludzie którym udało się przeżyć dzieciństwo, często padali ofiarą wojen i agresji. Żyli w ciągłym poczuciu zagrożenia, bo i prawdopodobieństwo bycia zamordowanym wielokrotnie przewyższało obecne (choć to zależy jeszcze od miejsca na Ziemi). Doświadczenie przemocy i okrucieństwa było standardowym elementem codzienności. W trakcie publicznych egzekucji kaci potrafił godzinami torturować skazańców, a widok taki przyciągał tłumy gawiedzi (przykładem ot choćby kaźń Jezusa opisana w ewangeliach). To wszystko prowadziło do stępienia rzeczywistej empatii, bo i trudno było w jakikolwiek sposób pomóc innemu cierpiącemu - chyba jedynie dobrym słowem. A to prędzej czy później przybierać musiało formy racjonalizacji cierpienia - szukania w nim sensu i budowania w związku z nim nadziei.

W naszych czasach ludzie nie chcą już cierpieć. Przekonali się, że mogą złagodzić lub usunąć ból, np. jeśli zastosują odpowiednie leki. Dowiedzieli się, że atak wyrostka robaczkowego nie oznacza już pewnej śmierci w męczarniach. Okazało się, że dzieci prawie wcale nie muszą umierać, a wojen prowadzić nie trzeba. Ludzie kultury zachodu uzmysłowili sobie, że cierpienie nie jest nieodłączną częścią życia - można je eliminować. Dopiero ta świadomość sprawiła, że nasza faktyczna empatia nie kończy się na uwierającym sumienie jałowym współodczuwaniu. Jesteśmy też w stanie działać motywowani empatią - efektywnie pomagać. Powołujemy zatem instytucje takie jak pogotowia, szpitale, organizacje charytatywne, by inni cierpieli mniej, lub nie cierpieli wcale. Nawet tam gdzie wciąż wykonuje się karę śmierci, pojawia się dbałość o humanitaryzm, czyli w tym kontekście bezbolesne procedury.

Dzisiaj intensywne i dramatyczne ludzkie cierpienie oglądamy prawie wyłącznie w telewizji, lub czytamy o nim w książkach - rzadziej w internecie, bo od tego medium oczekujemy bardziej rozrywkowych, a mniej refleksyjnych wrażeń. Zdobyty dystans pozwala nam na stawianie pytań odnośnie tego, co wcześniej wydawało się oczywiste: czy cierpienie ma jakikolwiek sens?, czy cierpienie uszlachetnia?, czy cierpienie jest cnotą?.

Logo Midway Community Crosswalk, organizacji której członkowie regularnie dźwigają w procesji duże drewniane krzyże

Czasem ludzie wierzący z którymi rozmawiam opowiadają o własnym cierpieniu - emocjach, relacjach, kryzysach. Mówią wtedy o tym, jak to oddają Jezusowi swoje problemy, biorą swój krzyż. Niektórzy mówią np.: małżeństwo jest moim krzyżem, chcąc powiedzieć w ten sposób, iż droga życiowa którą wybrali, i z którą często sobie nie radzą, powoduje u nich cierpienie analogiczne do przeżyć torturowanego przed dwoma tysiącami lat człowieka. Inni skłonni są do zachowania zdrowszych proporcji, i poprzestają na tym, iż fakt że ten człowiek cierpiał, dodaje im pewnej otuchy - myślą wtedy: no moje cierpienie nie jest znowu aż takie wielkie, inni mają gorzej, więc nie ma co się roztkliwiać. Księża z którymi rozmawiałem często mówili, iż współczesna kultura zapomniała o sensie cierpienia. Że ludzie chcą przeżywać życie łatwo i przyjemnie. Nie traktują negatywnych doświadczeń jako boskiego daru, który ich wszak ubogaca - jeśli nie teraz, to w życiu wiecznym. Etymologicznie człowiek ubogi, to ten który ma swoje skarby u Boga, a nie tu na Ziemi. Ale w naszych postmodernistycznych czasach skarby materialne przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Istotne stały się przeżycia i ich jakość.

Nieżyjąca już prof. Barbara Skarga, kobieta która przeżyła piekło obozowego życia, mówiła iż cierpienie nie ma żadnego sensu. Nie tylko nie uszlachetnia, ale wręcz demoralizuje. Znacznie łatwiej zgodzić mi się z nią, niż ze wspomnianymi kapłanami propagującymi aż nazbyt często niezdrowy kult swoistego masochizmu. Dawniej, dla umartwiania ciała, mnisi nosili pod ubraniem włosiennicę. Niektórzy też się samobiczowali. I dzisiaj znajdziemy tego rodzaju zwyczaje, w licznych tradycjach publicznego grupowego samobiczowania, rytuale krzyżowania ochotników na Filipinach, czy też w mniej spektakularnych, ukrytych pod ubraniem niektórych członków Opus Dei akcesoriach niewygody .

cilice - współczesna włosiennica
Być może dobrowolne umartwianie ciała pozwala doskonalić się duchowo, ale czy poprawia jakość naszych przekonań moralnych?


W kulturach wschodu cierpienie jest nonsensowne. Czytałem kiedyś o spotkaniu benedyktynów z Dalajlamą komentującym specjalnie dla chrześcijańskich mnichów ich ewangelie. Potrafił on docenić wszystko w działalności Jezusa - wszelkie aspekty duchowe, oraz etyczne. Nie potrafił natomiast pojąć sensu jego cierpienia oraz ofiary. Myślenie w paradygmacie uszlachetniającego, oczyszczającego, czy też zbawczego cierpienia było dla duchowego przywódcy buddyzmu zupełnie niezrozumiałe.

W religiach dharmicznych - hinduizmie, buddyzmie i dżinizmie, panuje przekonanie, że cierpienie nie przynosi żadnych korzyści, nie ma żadnego sensu. Jest konsekwencją karmy - nieskończonego łańcucha związków przyczynowo-skutkowych, czymś czego unikamy, czego nie chcemy. Cierpienie nie jest metafizyczną karą wymierzoną przez osobowego Boga-rodzica-kata, lecz tym co się nam w życiu przydarza, być może w związku z konsekwencjami złych działań podejmowanych w poprzednich wcieleniach - w tym sensie za cierpienie własne jesteśmy odpowiedzialni moralnie, podobnie jak jesteśmy odpowiedzialni moralnie za cierpienie cudze, jeśli krzywdzimy. Doskonalenie duchowe polega na wyzbywaniu się cierpienia - tu podobnie jak w chrześcijaństwie pojawia się asceza, ale jako droga eliminacji pragnień i pożądań - im więcej pragniemy, tym bardziej cierpimy mentalnie nie mogąc pragnień realizować. Nie pragnąc niczego, nie doświadczamy też żadnego dotkliwego braku.


Tam gdzie cierpienie jest nonsensowne, sensowna jest ahimsa - zasada niekrzywdzenia czujących istot, czy też ogólniej tego co żywe. W wielu kulturach wschodu empatia rozszerzona została już wiele tysięcy lat temu, także na inne niż my zwierzęta. Ich cierpienie jest podobnie nonsensowne jak nasze, a zatem warto w życiu postępować tak, by je zmniejszać, a już w szczególności go nie powodować. Symboliczna jest tu postać nagiego dżinijskiego mnicha, omiatającego ścieżkę przed sobą w obawie przed rozdeptaniem insekta. Himsa to krzywda, ahimsa jest jej zaprzeczeniem.


Nie chcę przez to powiedzieć, że w takich np. Indiach jest idealnie pod względem troski o cierpienia zwierząt - nie jest. Mimo iż wciąż zjada się tam przeciętnie 20-30-krotnie mniej mięsa niż w Stanach Zjednoczonych i Europie, to niestety zjada się go jednak coraz więcej, a eksport produktów ze świętych krów wzrósł w krótkim czasie o 40%. Mimo tych niekorzystnych zmian, fakt iż Indie zakazały ostatnio wykorzystywania waleni w parkach rozrywki, a w wypowiedziach władz pojawia się określenie delfinów jako osób pozaludzkich (non-human person), także jest symptomem zupełnie innego sposobu myślenia, znajdującego nawet odbicie w konstytucji i coraz częściej w orzecznictwie. Afirmujące wartość cierpienia chrześcijaństwo nigdy nie doszło do takich uciekających od szowinizmu gatunkowego standardów moralnych. Nie doszedł do nich także, poza nielicznymi wyjątkami, świecki racjonalizm zachodu. O ile można mówić o charytatywnych organizacjach chrześcijańskich, to chrześcijańskich organizacji pro-zwierzęcych jest jak na lekarstwo (na marginesie teologia cierpienia Matki Teresy, m.in. ograniczającej członkiniom zgromadzenia zdobywanie wiedzy medycznej, pokazuje dobitnie problem który tu analizuję).

W kulturze zachodu nauczyliśmy się skutecznie eliminować cierpienie ludzkie, co postawiło pod znakiem zapytania dawniej niekwestionowane założenie o jego wartości i sensowności. To był warunek konieczny dla rozszerzenia kręgu empatii także na inne zwierzęta. Dopóki cierpią ludzie, dopóty troska o uśmierzanie cierpienia osobników innych ganunków jawić się będzie etyczną ekstrawagancją. W kulturze zachodu coraz liczniejszy ruch pro-zwierzęcy jest zjawiskiem stosunkowo nowym, powiązanym także silnie z obecnością ideałów egalitaryzmu. Mimo działań wielu aktywistów i tekstów wielu etyków, paradygmat afirmacji cierpienia, utrwalony na zachodzie przez chrześcijaństwo, zdaje się wciąż tu pokutować, także wśród ateistów. Chrześcijanie i ludzie zachodu w ogólności krzywdzą inne zwierzęta w skali nieporównywalnej z niczym co działo się do tej pory. Czym wszakże jest cierpienie fizyczne hodowanej przemysłowo, a następnie zabijanej krowy, świni czy kury, w porównaniu do jakości naszego cierpienia duchowego? To ostatnie ma wszak dla nas tak wielką wartość, że nawet jeśli nie wierzymy w żadną religię, to wyznaczamy na tej podstawie różnicę jakościową między naszym, a ich statusem moralnym. Ale czy wyznaczanie tak istotnej różnicy jakościowej między naszą wysoką świadomością, a ich marnymi przeżyciami, jest w ogóle uprawnione? Doskonała krytyka tego rodzaju założeń znajduje się w tekście Takie jak my? Tacy jak one Uli Zarosy - w świetle danych naukowych o przeżywaniu bodźców bólowych, czy zdolnościach poznawczych innych zwierząt, naprawdę trudno jest tę różnicę uzasadnić inaczej niż czysto życzeniowo - robimy tak dla wygody sumienia.


Wspomniałem tu wcześniej o zmianie kulturowego stosunku do dzieci, ich cierpienia i ogólnie ich podmiotowości. Jak pokazują badania psychologiczne, skłonność do zachowań motywowanych empatią wykazują ci ludzie, którzy sami w dzieciństwie empatii doświadczyli, czy też obserwowali empatyczne zachowania w stosunku do innych. A więc eksponowanie dzieci na empatyczne zachowania może być jedyną szansą na znaczący postęp moralny świata zachodu, w tym także w kwestii stosunku do cierpienia innych zwierząt.


Kiedyś wsiadłem z moim synem do taksówki, a on ni stąd ni zowąd zaordynował: a teraz pan kierowca włączy Dla jego bolesnej męki. Wcześniej dużo jeździł z dziadkiem, słuchającym w samochodzie Radia Maryja i odmawiającym Koronkę do miłosierdzia Bożego. Kierowca doskonale zrozumiał kontekst - w dziecięcym życzeniu nie widział nic szczególnie dziwnego. A mi stanęła w głowie taka myśl - a gdybym właśnie gościł jakiegoś dżinijskiego mnicha zakrywającego sobie usta maseczką, tak by przypadkiem nie uśmiercić owada. Jak ja bym mu to wytłumaczył? Jak wyjaśnić iż istotnym elementem paradygmatu religijnego mojej kultury jest codzienne analizowanie intensywności tortur którym został poddany pewien starożytny Żyd? I jak wyjaśnić to, że niby zwracamy się do wszechmocnego Boga, który jest osobą, figurą ojca i w istocie w szczególności ojcem właśnie tamtego Żyda, a który to wszechmogący ojciec równocześnie dopuścił do tak straszliwego cierpienia swojego syna. Co więcej fakt iż to cierpienie najważniejszego dziecka miało miejsce, stanowi wzgląd dla którego my, inne dzieci od urodzenia kalekie moralnie (grzech pierworodny), możemy liczyć w przyszłości na swoistą taryfę ulgową u tego surowego rodzica, który wszakże jest miłością. Jak to wszystko wyjaśnić? Kiedyś pisałem już o tym, że obraz osobowego Boga budujemy sobie nie tylko na podstawie tych najlepszych, ale także tych najgorszych ludzkich cech. Tak więc przed takim hipotetycznym mnichem ze wschodu byłoby mi po prostu wstyd. Zresztą jest mi wstyd nieustannie, właśnie za to, co wtłaczamy do głowy dzieciom i jak uczymy je, by wyłączały swoją rzeczywistą empatię. Pisałem o tym nieco, omawiając książki Ruby Roth.

Wracając do tematu rytualnego zabijania. Oto fragment artykułu na ten temat z pisma Fronda (wytłuszczenia moje):
Na koniec trzeba podkreślić wyraźnie jedną rzecz - cierpienie jest nieodwracalnie wpisane w naturę tego świata, podobnie jak jest w nią wpisana hierarchiczność bytów. My ludzie, posługując się rozumem, mamy obowiązek starać się ograniczyć NIEPOTRZEBNE ciernienia, ale ten sam rozum powinien nam podpowiadać niezbędna miarę cierpień, którą trzeba po prostu zaakceptować. Lew nie zastanawia się nad bólem rozszarpywanej antylopy bo nie ma rozumu tylko instynkt, który każe mu zabić, żeby przeżyć. My rozum posiadamy, możemy zatem zabijać w sposób ograniczający cierpienia zwierząt do minimum. A tym właśnie jest ubój rytualny, przez tysiąclecia dopracowywany przez kolejnych przeszkolonych rzezaków, których trudno podejrzewać o sadystyczne skłonności, zwłaszcza, że tej funkcji nie mogli sprawować chorzy psychicznie. Naiwne myślenie obrońców praw zwierząt, którym wydaje się, że zakazanie uboju rytualnego w jakikolwiek sposób chroni braci naszych mniejszych przed niepotrzebnym cierpieniem to klasyczny przykład myślenia życzeniowego, kompletnie oderwanego od rzeczywistości.
Chrześcijanie, ale także ludzie niewierzący wychowani w wartościach chrześcijańskiej czy postchrześcijańskiej kultury, powszechnie krzywdzą, ponieważ godzą się na cierpienie w ogólności. Uważają że ma ono sens i że jest ono ważne, a wręcz zbawienne - kto nie zaznał goryczy ni razu, ten nie zazna słodyczy w niebie. Wdrożenie do metafizycznego masochizmu powoduje, że łatwiej zaakceptować przemoc i okrucieństwo - współcześnie w mniejszym stopniu w stosunku do ludzi, ale wciąż bardzo silnie w stosunku do innych zwierząt.


Czego nie chcę powiedzieć tym wpisem


Przyzwyczaiłem się już do tego, że nie wszystko co piszę jest jasne, i sporo można dointerpretować, a także nabrać fałszywego przekonania odnośnie moich intencji. Dlatego napiszę czego zdecydowanie nie chciałem wyrazić tym wpisem, uprzedzając ewentualne komentarze.

Nie twierdzę, że jedna religia jest lepsza od innej


Dżinizm czy buddyzm nie jest lepszy od chrześcijaństwa, a chrześcijaństwo nie jest lepsze od islamu. Nic takiego nie twierdzę. Ciężko byłoby znaleźć sensowne kryteria owej lepszości. Wśród wyznawców każdej religii znajdziemy ludzi o bardzo wysokich standardach moralnych, włączając w to rozszerzenie statusu moralnego na zwierzęta pozaludzkie.

Nie twierdzę, że jedna kultura jest lepsza od innej


Nie twierdzę że kultura Indii jest dajmy na to lepsza od kultury funkcjonującej w Polsce. Podobnie jak w przypadku religii, trudno tu znaleźć kryteria takiej oceny. Zwierzęta wszędzie na świecie spotyka okrucieństwo.

Nie jestem apologetą religii wschodu


Nie nawołuję do wyznawania ani dżinizmu, ani buddyzmu, ani hinduizmu. Jeśli wspominam o ahimsie, która dla mnie osobiście jest ważna, to uciekam od kontekstu religijnego, choć niekoniecznie kulturowego. Ahimsa stanowi dla mnie wygodną etykietę, dobrze odnoszącą się do mojej osobistej hierarchii wartości ukształtowanej wcześniej.

Nie stawiam się na zewnątrz opisywanych problemów


Jest taka pokusa, by w poczuciu moralnej wyższości stać z boku i krytykować. Nie miałem takich intencji. To co piszę, piszę od wewnątrz. Jestem dzieckiem kultury zachodu. Zdaje sobie sprawę z tego, w jak wielkim stopniu chrześcijaństwo ukształtowało paradygmat tej kultury i to w bardzo wielu płaszczyznach. To są treści świadomości i schematy myślowe, od których nie mogę uciec, a wierzę w hipotezę relatywizmu językowego. Właśnie z poczucia tożsamości kulturowej piszę o wstydzie. Nawet jeśli potrafię sprawiać, by moje zachowanie było inne niż by to wynikało z wdrukowanych wzorców, to i tak jestem częścią podmiotu zbiorowego do którego się odnoszę. W każdym z nas drzemie potencjał, by bezwiednie wspierać systemy, z których płyną naganne moralnie działania, o zdecydowanie złych skutkach. Dlatego chciałbym, żeby jednostki w tym podmiocie żyły innymi wartościami niż żyją obecnie.

Wegańska hagiografia


Na koniec łyżka dziegciu do beczki miodu aktywistów pro-zwierzęcych. Właściwie metafora beczki miodu kompletnie tu nie pasuje, bo ciężko mówić o samozadowoleniu w tym środowisku. Z roku na rok rośnie dramatycznie skala ludzkiej eksploatacji innych zwierząt, a co gorsza rośnie szybciej niż ludzka populacja. Jak w ogóle żyć zdając sobie sprawę z tego, iż ludzkość morduje nieprzerwany strumień miliardów zwierząt rocznie, przy czym śmierć jest być może najlepszym co je w życiu spotyka. Świadomemu obrońcy praw zwierząt przypada w udziale wieczna depresja i ewentualnie radość z małych kroków, jak choćby to ostatnie głosowanie w sejmie. Taka sytuacja rodzi pokusę postawy cierpiętniczej, a czasem wręcz martyrologii. Ruch ma swoich celebrytów, a wśród nich także męczenników za sprawę. Na przykład Jill Phipps która w roku 1995, w trakcie protestu, zginęła pod kołami ciężarówki przewożącej cielęta. Hagiografia to opowieści o świętych, często właśnie męczennikach za wiarę. Czy warto wytwarzać wegańską hagiografię? Phipps została świętą od zwierzów - zginęła w związku z przekonaniami, ale wszak to co się jej przydarzyło jest zwyczajnie głupie, a nie ważne i inspirujące. Oby jak najmniej aktywistów poszło do końca w jej ślady, bo akurat na wzroście, a przynajmniej na nie uszczuplaniu akurat tej populacji, bardzo nam zależy.

Wegańskie poczucie moralnej wyższości


Spotkałem się już kilka razy z weganami, którzy w poczuciu moralnej wyższości komentowali to, że wyznawcy dżinizmu piją krowie mleko. Krytyka jest bardzo na miejscu, ale jedyna sensowna z jaką się spotkałem to ta życzliwa - pochodząca od Francione, przekonującego ludzi kierujących się ahimsą do jeszcze większej konsekwencji. Stosowanie diety opartej wyłącznie na roślinach może być wyborem etycznym. Pamiętajmy jednak że jest wyborem nowoczesnym, niemożliwym do zrealizowania w przeszłości. Nie znajdziemy tradycyjnych kultur, w których zwyczajowo występowałaby czysto wegańska dieta, np. w związku z wymogami religijnymi. My dziś w świecie zachodu możemy sobie na taką dietę pozwolić, ponieważ wiemy o konieczności suplementacji witaminy B12.

Ruch pro-zwierzęcy zmaga się na co dzień z utrwalonymi kulturowo i religijnie wzorcami. Ale także przed nim stoi widmo wytwarzania parareligijnej wspólnoty zamkniętej na dostrzeganie sensu wartości którymi żyją inni ludzie. Bierze się to po części jak sądzę z głęboko utrwalonego przez judeochrześcijaństwo monizmu wartości. Jeśli naszym celem jest zmniejszanie zwierzęcego cierpienia spowodowanego przez człowieka, a operujemy w chrześcijańskiej, czy też postchrześcijańskiej kulturze, to może najlepszym środkiem do celu nie jest argumentacja w racjonalnym paradygmacie etycznym, lecz dekonstrukcja rdzenia chrześcijańskiego przekonania o sensowności cierpienia?



wtorek, 5 czerwca 2012

Wektory instynktów

Myśliwym ku przestrodze. Niepowtarzalne doświadczenie bycia oprawcą i ofiarą równocześnie. Symulowalne do pewnego stopnia dzięki paintballowi - zabawie w wojnę. Skonceptualizowałem ten najdziwniejszy z dziwnych efekt, siedząc kiedyś w bunkrze i dumając na czym polegają te emocje które właśnie przeżywam. Od tej pory nie gram już w paintball.

Wittgenstein siedząc w okopach I wojny światowej napisał Tractatus Logico-Philosophicus - książkę objętości broszurki, a mimo to uchodzącą za kluczowy tekst filozoficzny XXw.

Trochę wcześniej młody Ludwig Wittgenstein pobierał nauki w jednej szkole z Adolfem Hitlerem.

Czy na tej fotografii faktycznie znajduje się mały Ludwig? - są co do tego wątpliwości. Czy się spotkali? Jeśli tak, to czy się lubili, czy też nienawidzili, choćby ze względu na pochodzenie tego pierwszego? Czy już wtedy młodemu Adolfowi tak łatwo było dehumanizować - zrównywać "innego" ze zwierzęciem. Dehumanizacja stanowi trzecie stadium rozwoju procesu prowadzącego do ludobójstwa według modelu Stantona.

niedziela, 19 lutego 2012

Feminizacja świadomości

Wczoraj byłem na wykładzie Xaviera Bayle, temat brzmiał "feminizacja świadomości". Mocno mnie to wydarzenie poruszyło. Po części ze względu na drastyczność faktów relacjonowanych bez żadnych ogródek, po części ze względu na bliski mi temat, ale przede wszystkim ze względu na szczerość i otwartość prelegenta - hiszpańskiego artysty, czy też raczej artywisty, mieszkającego od jakiegoś czasu w Polsce. Polski nie jest jego językiem ojczystym, ale mimo to, a może po części właśnie dzięki temu, siła ekspresji tego człowieka zrobiła na mnie wielkie wrażenie.

Opowiadał on tak naprawdę o historii swojego aktywizmu i związanej z tym autorefleksji. Protest zawsze skierowany jest przeciwko czemuś, więc Xavier próbował jak najgłębiej zrozumieć czemu tak naprawdę się sprzeciwia. Promocja weganizmu motywowana jest sprzeciwem wobec założenia, iż zwierzę którym jest człowiek traktuje się lepiej niż inne gatunki. Idee typowe dla feministycznej krytyki społecznej to z kolei wyraz protestu przeciwko nierównemu traktowaniu kobiet i mężczyzn. Analogicznie idee lewicowe, to protest przeciwko nierównemu traktowaniu ludzi ze względu na status materialny, pochodzenie społeczne, etc.

Wspólny mianownik dla wszystkich tych form protestu stanowi przekonanie, które Xavier określa mianem egalitaryzmu, co symbolizuje czysty, biały slajd jego prezentacji - wszystkie istoty są równe. Bardzo szeroko rozumiany egalitaryzm staje się zatem wartością autoteliczną, aksjologicznym arché - pierwotną zasadą określającą warunki poprawnych wartościowań etycznych, a wszelkie formy aktywizmu ważne dla Xaviera, sprowadzają się tak naprawdę do zabiegów o przywrócenie egalitaryzmu w tych kontekstach, w których go obecnie brakuje.

Pozostaje pytanie, o źródła deficytów egalitaryzmu - zamiast leczyć skutki, może warto usunąć przyczynę wszelkich nierówności? Na licznych przykładach Xavier próbował pokazać, że defaultowa we wszelkich ludzkich kulturach akceptacja nierówności między:

  • ludźmi
  • kobietami, a mężczyznami
  • ludzmi, a innymi niż nasz gatunkami zwierząt

jest tak naprawdę konsekwencją utrwalających się od 6000 lat patriarchalnych paradygmatów społeczno-cywilizacyjnych. Najsensowniejszy aktywizm właśnie w nie przede wszystkim powinien uderzać, i je kwestionować.

Większość egzemplifikacji bazowała na zestawieniu patriarchalnej eksploatacji kobiet (np. w związku z przemocą lub reifikowaniem ich osób do poziomu inkubatorów produkujących żołnierzy, czy pracowników), a analogicznym uprzedmiotowieniem zwierząt hodowlanych, głównie wszak samic (masowa wymuszona reprodukcja, ubój, inseminacja, etc.). Na jednym slajdzie Xavier zestawiał np. analogiczny patologiczny stan ludzkiej waginy i kurzej kloaki, spowodowany analogiczną eksploatacją - tego rodzaju porównań było wiele, a wszystkie bardzo drastyczne.

Skoro nie patriarchat, to matriarchat - nie tyle feminizm, co "feminizacja świadomości". Nasycenie dyskursu kobiecymi wartościami takimi jak:

  • opiekuńczość i troska o innych zamiast agresji
  • dialog i konsensus zamiast walki
  • współdziałanie zamiast rywalizacji
  • relacje poziome zamiast hierarchii

Właściwie to co mówi Xavier, bardzo mocno pokrywa się z moim światopoglądem. Nazywam siebie feministą, ale nie dlatego iż afirmuję nową kobiecość budowaną na genderowo męskich wartościach, lecz dlatego iż chciałbym, by kultura nasza najwyżej stawiała typowo genderowo kobiece wartości.

Jedyny mój zarzut co do wykładu dotyczy wyidealizowanego obrazu funkcjonowania matriarchalnych społeczności. Brak rzetelnych danych antropologicznych co do takich grup w kulturach Pan sapiens. Kultura szympansów bonobo stanowi z kolei dosyć interesujący przykład matriarchatu - swoją drogą interesuje mnie jakie znaczenie w tym kontekście ma aspekt promiskuityzmu Pan paniscus - kontaktów seksualnych w stadzie nieograniczonych ani pozycją osobnika w hierarchii, ani monogamią, ani standardami heteroseksualnymi. Do jakiego stopnia rozluźnianie opresji seksualnej w kulturze ludzkiej korelować może z ową "feminizację świadomości"?

Xavier pokłada nadzieję w feminizowaniu świadomości małych społeczności - chodzi o pojawienie się oddolnych zmian w świadomości trybalnej, coś na kształt indiańskich plemion. To z pewnością ważne. Ja mam natomiast wrażenie, że te "najzdrowsze" społeczeństwa odkryły w mniejszym lub większym stopniu o czym tu mowa. Mam na myśli Skandynawów. Ilość kobiet w polityce Danii, Szwecji, czy Finlandii, jest jak sądzę symptomem bardzo wartościowych przemian w zakresie "feminizacji świadomości", dokonujących się od lat w tych krajach.

Miałem okazję wiele razy obserwować efekty tych procesów na ulicach Kopenhagi, Sztokholmu, czy Oslo, ale także odnaleźć je w kręconych tam filmach, pisanej tam literaturze dla dzieci, ale przede wszystkim usłyszeć w rozmowach o wartościach prowadzonych z mieszkającymi tam ludźmi. Jakoś z całym tematem skojarzył mi się holenderski film "I am a girl":

Na nieszczęście dla pozaludzkich gatunków zwierząt, właśnie surowy klimat północy Europy spowodował iż żyjący tu ludzie bardziej niż inni zaczęli opierać swe przeżycie na niewolniczej eksploatacji innych gatunków. Właśnie o absurdzie tego zbrodniczego patriarchalnego paradygmatu traktował pokazany na początku wykładu film:

piątek, 11 listopada 2011

Marsz podległości tożsamości etnicznej

Natio znaczy tyle co narodzona - jest rodzaju żeńskiego.

- Wierzymy w powszechne braterstwo, wyższość pokoju i współpracy nad wojną i nienawiścią, uważamy, że człowiek powinien być miarą wszystkich rzeczy...
Położył ciężką przylgę na moim kolanie.
- Dlaczego człowiek? - powiedział. - Zresztą, mniejsza o to. Ale pana wyliczenie jest negatywne: brak wojny, brak nienawiści - na litość mgławicową, nie macie żadnych pozytywnych ideałów?

Pozytywne ideały? - idea niepodległości państwa narodowego z pewnością do nich nie należy, ponieważ jest afirmacją braku podległości, ale czy można sensownie określić co jest niezależne od czego? Historycy próbują, ale odniesienia którymi się posługują już na starcie uwikłane są chociażby w medium określonego języka, a co za tym idzie w mnóstwo wartościujących konotacji oddalających ich prace od ideałów naukowej neutralności. Nawet ci pretendujący do maksymalnego obiektywizmu badacze, nie potrafią uciec od etnocentrycznego paradygmatu w rodzaju:

Zbrodnie "innych" przeciwko "nam" to tragedie, natomiast zbrodnie popełnione przez "nas" wobec "innych" to zwycięstwa.

W przytoczonym fragmencie Dzinników Gwiazdowych Lema, Ijon Tichy rozmawia z Tarrakaninem. Tichy ma zostać ambasadorem Ziemi na kosmicznym analogonie ONZ, a jego interlokutor pomaga zrobić dobre entre. Polecam lekturę całej Podróży ósmej, ponieważ genialnie pomaga dekonstruować dobre samopoczucie nas wszystkich, którzy jesteśmy w "posiadaniu" zgrabnych idei-protez opisujących rzeczywistość społeczną, czy polityczną. "Lewo, prawo, centrum, liberał, konserwatysta, komunista, faszysta". To są takie współczesne świeckie nurty "religijne" związane z funkcjonowaniem tzw. państwa narodowego. Rzecz w tym, że coś takiego jak naród nie istnieje, a każdy kto odwołuje się do tego pojęcia o nieskończonych konotacjach a pustej denotacji, zaczyna w moim odczuciu od razu mówić językiem z gruntu magicznym.

O ile w dyskursie publicznym społeczeństw świata zachodniego, odniesienia religijne zostały przeważnie wyrugowane, o tyle nowożytna nowomowa okołopaństwowa ma się coraz lepiej. Istnieje nie jedna, lecz wiele "metafizyk bytu narodowego". Spektrum to będzie zawierać nie tylko ujęcia akademickie czerpiące z de Maistre'a, ale także poglądy kibica ubliżającego PZPN za usunięcie orła z koszulek sportowców. Joseph de Maistre twierdził iż:

nie ma wcale człowieka na świecie. Widziałem w swoim życiu Francuzów, Włochów, Rosjan, etc.; wiem nawet, dzięki Monteskiuszowi, że można być Persem; ale co do człowieka, oświadczam, że nie spotkałem go w życiu; jeśli istnieje, to nic o tym nie wiem

Wyłonienie się idei państwa narodowego we współcześnie znanej formie nastąpiło w XVIII i XIX wieku, a więc stosunkowo późno w historii ziemskich kultur. Powszechna świadomość przynależności do określonego narodu to też rzecz stosunkowo nowa, związana z rewolucją masowego rozprzestrzeniania memów, dzięki coraz szerszej scholaryzacji. Wystarczy posłuchać jak dzisiejszy góral ze Szczawnicy opowiada o tatrzańskich góralach skalnych i o lachach.

Ciągnąc dalej religijną metaforykę, "naród" to współczesny bałwan - bożek. Z samego faktu przynależności narodowej mają płynąć jakoby powinności, których niespełnienie będzie często karane bardziej surowo, niż niegdyś karano odstępstwa od wiary. Powszechne jest przekonanie, iż obywatel Polski powinien czuć solidarność z polskimi rolnikami i zabiegać o ich interesy. Ale właściwie z jakich niemetafizycznych powodów powinienem bardziej dbać o interesy polskiego rolnika, niż o interesy duńskiego hipisa, czy europejskiego przedsiębiorcy? W jakimś sensie łatwiej mi znaleźć kryterium tożsamości z tymi drugimi. A w grę wchodzą także wybory etyczne, wszakże poprawa kondycji polskiej wsi, może iść w parze z degradacją warunków bytowania ludzi w innych częściach świata.

Powszechne przywiązanie do metafizyki idei narodowych nie dziwi mnie. Jest ono zewnętrzną oznaką funkcjonowania genetycznie warunkowanych mechanizmów podtrzymywania tożsamości etnicznej wewnątrz społeczności. Pojęcie "narodu" to pokłosie procesów ewolucji kultury, gdzie w sposób emergentny transformuje się skala kryteriów zachowania ekwilibrium grupy, stanowiących socjobiologiczny imperatyw (grupy których geny nie fundują memów socjalnego integryzmu, skazane są na ekstynkcję). Omawiana homeostaza trwa dzięki kilku strategiom, np.:

  • kooperacji wewnątrz grupy (altruizm, hamowanie agresji)
  • obrony własnej grupy przed agresją ze strony innych grup
  • kierowaniem agresji przeciwko innym grupom - w szczególności odległym genetycznie

Tak to wygląda w stadzie szympansów, tak to wyglądało w znanej nam historii gdzie grupą była grupa etniczna, i tak to wygląda w przypadku dużych zbiorowisk ludzkich, gdzie grupę zastąpiła społeczność nazywana narodem (kultura - emergentny poziom memetyczny na bazie etnicznego).

Każda metafizyka narodu którą znam, różnicuje podmiotowość etyczną poszczególnych osobników naszego gatunku (zarówno moral agents jak i moral patients) w zależności od ich pochodzenia etnicznego, lub też w wersji bardziej wyrafinowanej - kulturowego. To jest konsekwencja pierwotnego rozróżnienia my-oni. Przekonania generujące tego rodzaju modele aksjologiczne są dla mnie z gruntu nonsensowne, ponieważ relatywizują normy moralne do obrębu danej kultury, a zatem odbierają narzędzia oceny działań przedstawicieli innych kultur. Konsekwentny narodowiec musi jednak w związku z tym przyznać, iż brakuje mu kryteriów oceny kultury własnej innych niż estetyczne, a de gustibus non disputandum est. To daje pewien wgląd w przyczyny dla których z ideami narodowymi nie da się polemizować. Neutralna naukowo-biologiczna perspektywa, wbrew zideologizowanej antropometrii nazistów, pozwala nam w przypadku ludzi rozróżnić jedynie genom Pan sapiens, od genomu innych gatunków zwierząt.

Powiem więcej, coraz częściej pojawiają się głosy etyków, iż w świetle danych naukowych na temat etologii innych gatunków zwierząt, kategorię moral patiency należałoby rozszerzyć także na nie, ponieważ bez tego nie możemy sensownie mówić o uniwersalnej etyce dla Pan sapiens. Przykładem może być esej Petera Singera, All animals are equal. "Dlaczego jedynie człowiek?" zapytywał retorycznie Tarrakanin. A czemu nie świadome istoty (w tym przypadku przedstawiciele innej cywilizacji kosmicznej)? A czemu nie istoty zdolne do przeżywania bólu? Przed nami jeszcze daleka droga, a przezwyciężenie perspektywy wynikającej z tożsamości etnicznej to dopiero jej początek.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem powyższy plakat, pierwszą myślą było, że jest świetnie zrobiony: przystojni młodzi chłopcy, atrakcyjne dziewczyny - niczym z hollywoodzkiej superprodukcji. Ale druga myśl była gorzka: one ich rodzą po to, żeby zabijali i byli zabijani. To że martyrologia w estetyce Grottgera przetransformowana została w bohaterstwo rodem z komiksu, trochę mnie cieszy, a trochę martwi. Bo skoro już nie można powiedzieć: "dobry Polak to ten, który zginął w powstaniu, a dobra Polka to taka, która go do dzisiaj opłakuje", to co właściwie możemy powiedzieć i właściwie po co to mówić?

Fizykalne granice funkcjonowania "narodu" wyznacza granica "państwa". Nigdy nie zapominajmy, że tego rodzaju granica istnieje wyłącznie na mapie, a mapa nie jest terytorium. Kiedy przeczytałem przed laty iż to znane na świecie sformułowanie (np. via Baudrillard pojawia się w filmie Matrix) pochodzi od "naszego" Alfreda Korzybskiego, o którym w Polsce chyba mało kto słyszał, to odczułem pewien żal, ale także coś w rodzaju "dumy narodowej". Dzisiaj nie czuję już nic z tego rodzaju rzeczy. Mam natomiast nadzieję, że sam Korzybski, zajmujący się między innymi krytyką języka totalitaryzmów, byłby ukontentowany tym co tutaj napisałem.

Tyle się rozpisałem, a przecież można było dużo prościej, słowami Kur:

marsz, marsz Marszałkowską, pełne spoko, tupią glany
wznosimy twarde piąchy, skandujemy slogany,
że Prajednia, Wola Mocy i Kutas Światowida
przyporządkują nam Murzyna i pogonią precz Żyda!
mamy haj jak w Sylwestra, kible lecą do góry,
pryska witryn szkło, z wózków sypią się wióry
jadą suki, lodówy, komandosi i gliny
już za chwilę nas znowu spałują te skurwyny!
(...)
razem wsławimy imię Polski, ja pierdolę!...

Skoro natio już jest na tym świecie, to pomóżmy jej trochę zsocjalizować się z innymi dzieciakami i dorosnąć w wymiarze etycznym. A dorastanie w tym wymiarze polega na zawieszaniu własnej perspektywy, wobec wyobrażenia o perspektywie innych - do tego potrzebna jest empatia. No i pozostając w tematyce okołoprokreacyjnej, która co i rusz powraca w tym wpisie, jeszcze tylko cudny plakat przygotowany przez Agatę Cynamonovą.

Polecam także wpis o równaniu faszyzmu z nacjonalizmem

środa, 25 maja 2011

Człowiek - zwierzę spocone

Czytałem ostatnio o ciekawej teorii odnośnie genezy mechanizmu empatii. Kilka cech wyróżnia nasz gatunek spośród innych gatunków zwierzęcych. Ot choćby zakamuflowany moment owulacji u samic, z czym wiąże się więziotwórcza funkcja stosunków seksualnych istotna dla wieloletniego wychowania relatywnie niedorozwiniętych ludzkich noworodków. Kolejny wyróżnik to niewiarygodna wprost potliwość, z czym wiąże się zdolność do biegów długodystansowych (mam na myśli dystanse od parudziesięciu do paruset kilometrów). Pytanie czemu służy taka ewolucyjna adaptacja?

Od milionów lat hominidy polują na inne zwierzęta, dostarczając sobie w ten sposób dodatkowego białka. Zaawansowane narzędzia zabijania są jednak relatywnie późne. Zdrowy osobnik Pan sapiens jest natomiast w stanie zabiec na śmierć niemal dowolne zwierzę, czego może dokonać jeszcze w wieku blisko sześćdziesięciu lat, kiedy to osiągi w biegach długodystansowych powracają do poziomu 19-latka (szczyt formy przypada mniej więcej na 27 rok życia). Jest to możliwe dzięki kilku szczegółom naszej anatomii takim jak np. ścięgno Achillesa, ale przede wszystkim dzięki gruczołom potowym zlokalizowanym na powierzchni całego ciała. Inne gatunki chłodzą organizm zasadniczo przez drogi oddechowe, co okazuje się być metodą dalece niewydajną.

To nie tylko teoria. Odkryto plemiona, które stosują tzw. polowanie uporczywe. Takie łowy wymagają od myśliwego niezmiernej uważności. Musi on wziąć pod uwagę wszelkie szczegóły sytuacji w rodzaju tropów upatrzonego osobnika (np. antylopy), stopnia jego pragnienia, kształtu ekskrementów, ale co najważniejsze myśliwy musi niejako wczuć się w psychikę swej ofiary. Myśleć tak jak to zwierzę, by przewidzieć jego przyszłe zachowania. Jak przypuszczam "myślenie" i "myśliwy" mają wspólną etymologię, co w tym kontekście jest zupełnie zrozumiałe. Myśliwy musiał być empatyczny.

Na poziomie neurobiologicznym mechanizm empatii wyjaśnia się z pomocą neuronów lustrzanych, ale jest to oczywiście jedynie fizykalny sposób realizacji pewnej funkcji mentalnej. Spotkałem się z argumentem, iż o empatii można mówić sensownie jedynie w kontekście odniesienia do osobników tego samego gatunku. To o czym pisałem wyżej pokazuje iż jest zgoła inaczej.

Pan sapiens - spocony empatyczny myśliwy. Prawdopodobnie dzięki takiej kondycji naszego gatunku niektórzy jego osobnicy skonstatowali ostatecznie "zmierzch świadomości łowcy". Argumenty "z empatii", do których odwołują się obrońcy praw zwierząt, są często lokowane w kontekście czysto emotywnym, co jest jak mi się wydaję wysoce niesłuszne.

A teraz napiszę co przedstawia ilustrujące tego posta zdjęcie. Biegną na nim noga w nogę Arnulfo Quimare oraz Scott Jurek. Quimare jest z plemienia Tarahumara zamieszkującego Miedziany Kanion w Meksyku. Ci Indianie stanowią społeczność dla której bieganie długodystansowe to nie tylko modus operandi, ale przede wszystkim modus vivendi. Jurek jest natomiast najprawdopodobniej najlepszym długodystansowym biegaczem świata (ultramaratony), a równocześnie praktykuje od lat dietę wegańską.

niedziela, 8 maja 2011

Dzieci zdalnie sterowane

Byłem dziś światkiem niezwykłej sceny. W dzień ten piękny i ciepły mieszkańcy miasta wylegli na błonia. Takoż i my uczyniliśmy z Pacią i Alanem. Błonia to połać trawy w środku miasta zasadniczo wolna od psich ekskrementów, co musi dokonywać się w sposób zgoła cudowny, zważywszy na ogólną ilość tej substancji w okolicy i upodobanie psów, czy może raczej posiadanych przez nie ludzi, do defekacji na zielonym. Wszystkie wymienione okoliczności miały zapewne wpływ na to, iż tak wielu mieszkańców miasta, w pozycji horyzontalnej, naświetlało dzisiaj w tym miejscu swą skórę.

Trawa na błoniach przystrzyżona jest na tyle krótko, że wspaniale może się po niej przemieszczać odpowiednio duży, zdalnie sterowany samochód. Takiego rodzaju wehikuł znalazł się tam dzisiaj, wzbudzając oczywiście ogólne zainteresowanie, przejawiające się głównie w wianuszku dorosłych mężczyzn, oraz młodzieńców, otaczających właściciela modelu i żywo z nim dyskutujących. Jak się po chwili okazało, nie byli to jedyni zafascynowani tematem.

Alan z miejsca ruszył w pogoń po trawie za poruszającym się kilkukrotnie od niego szybciej samochodzikiem. Ja z kolei początkowo biegłem za Alanem, oceniwszy prawdopodobieństwo jakiegoś wypadku na całkiem spore. Po chwili zrozumiałem jednak, iż ten pojazd genialnie wprost lawiruje pomiędzy ludźmi, kocami, piłkami i wózkami, jeżdżąc w tę i z powrotem i ani na moment nie zwalniając - chylę czoła przed operatorem tej machiny. Wtedy się zatrzymałem, bacznie jednak obserwując sytuację. Dzięki temu zobaczyłem coś, co mi wcześniej umknęło. Dokładnie tą samą czynnością co Alan pochłonięta była cała czeredź dziatek mniej więcej w jego wieku, czyli około lat 3. Przypominało to sforę psów w swym pędzie zawsze zwróconych w kierunku ofiary, czy też może coś na kształt ławicy ryb. Widok był nieziemski. Stałem oniemiały i patrzyłem na fascynujące ruchy zdalnie sterowanych dzieci.

poniedziałek, 31 grudnia 2007

Chciałbym zobaczyć delfiny

Delfin

Chciałbym zobaczyć delfiny - to jedno z moich marzeń. Jestem zafascynowany tymi zwierzętami. Delfiny to jeden z trzech gatunków (obok szympansów i słoni), o których wiemy, że poszczególne ich osobniki pozytywnie przechodzą "test na samoświadomość" przeprowadzony z pomocą lustra (Homo sapiens klasyfikuję jako jeden z podgatunków szympansa :) )

Bardzo zasmuciła mnie wiadomość o wyginięciu Delfina Chińskiego z rzeki Jangcy. Ekstynkcja każdego gatunku jest faktem dołującym, ale w przypadku organizmów zajmujących tak wysokie miejsce na krzywej psychozoiku jest to smutek dojmujący. Już nigdy nie będziemy mogli porozmawiać z tym konkretnie gatunkiem.

Jeśli ktoś zaszokowany jest ostatnim zdaniem, to wyjaśniam, że delfiny (prawdopodobnie też inne gatunki waleni), posługują się językiem kontekstowym. Każda grupa wykształca innym systemem kodów. Nie wiemy wprawdzie co do siebie "mówią", lecz możemy zidentyfikować w wydawanych przez nie dźwiękach odpowiedniki "jednostek leksykalnych". Co więcej zwierzęta przywołują się nawzajem generując sygnały będące "derywatami" "słów" stosowanych w innych kontekstach. Można zatem domniemywać, że są to analogony "imion" typu indiańskiego - coś jak "wysoka fala", "płytka woda", etc. . Miejmy nadzieję, że uda się nam kiedyś z delfinami komunikować. Jeśli nie dzięki nauce "delfiniego", to może przynajmniej dzięki uzgodnieniu z nimi jakiegoś wspólnego języka analogicznego do języka ideograficznego, który z powodzeniem przyswajają szympansy.

Delfiny są zazwyczaj bardzo przyjazne w stosunku do człowieka. Często bawią się z dziećmi (nie tylko w delfinarium, także w naturze), udokumentowane są także przypadki uratowania przez nie tonącego człowieka. Kiedy pewien nurek zaatakowany został przez rekina, przybyła nagle z odsieczą grupa tych zwierząt, otoczyła ofiarę szczelnym kordonem i pilnowała w ten sposób przez kilkadziesiąt minut, zanim nie pojawiły się jednostki ratownicze. Delfiny potrafią także dla zabawy wyciągnąć kotwicę i przestawić łódź w inne miejsce. :) Bardzo smutne jest to, że każdego roku te inteligentne istoty padają ofiarą ludzkich polowań. W wielu miejscach świata ich mięso traktuje się jako standardowy składnik diety. Chorobę toczącą naszą cywilizację podkreśla jeszcze mocnej fakt, że w związku z zanieczyszczeniem wód przez człowieka, mięso to jest bardzo niezdrowe, wręcz szkodliwe. Metale ciężkie i pestycydy z pewnością nie pozostają obojętne dla zdrowia waleni i są jednym z czynników kurczenia się ich populacji.