piątek, 31 grudnia 2010

Assisi

Rano pobiegłem na Rocca Maggiore. Stanąłem na szosie w miejscu, w którym przeistacza się ona nagle w mury średniowiecznej fortecy. Słońce właśnie wstawało - Brat Słońce.

Pod moimi stopami Asyż - jeszcze zaspany, przykryty cieniem. Przybiegłem tu, ponieważ chciałem doświadczyć tego, o czym przeczytałem w nocy u Brandstaettera. Widoku miasta wstępującego rano do nieba.

Góry nad Asyżem przykryte kołderką chmury, czarnej prawie. Biel stała się czernią, za sprawą przedzierających się z tyłu słonecznych promieni, niezwykły to kontrast. Płaski obłoczek niewiele się odróżnia od czerni wzgórza. To gdzieś tam jest pustelnia Francesco. Może kiedyś pobiegnę jeszcze wyżej...

A im bardziej słońce pnie się w górę, tym mocniej rozświetla krawędź chmury odcinając ją wyraźnie od błękitu nieba. Pierwsze promienie zaczynają muskać najwyższe wieże miejskie. Powoli, z cienia, wyłaniają się budynki. Wszystko w Asyżu zbudowane jest z piaskowca. Piaskowiec odbija światło w bardzo szczególny sposób.

Kiedy tu biegłem, goniły mnie psy. Były wprawdzie za ogrodzeniem, nie mogłem być jednak pewien, czy płot nie kończy się nagle. Te psy strzegły gaju oliwnego. Widziałem jednego z nich, kiedy poprzedniego dnia schodziliśmy z Rocca. Wyglądał wtedy tak potulnie. Bracia psi nie są dla mnie łaskawi. Potem znalazłem za to pewne względy u brata kota.

Przeżywać, a nie posiadać - to ideał naszych ponowoczesnych czasów. Przednowoczesny Biedaczyna doprowadził tę ideę do skrajności. Znalazł drogę nomadyczną, w realiach kultury w której żył. Z jednej strony żywot żebraczy nie wydaje się dla owych czasów niczym szczególnym. Z drugiej zaś, nie tyle ważne jest co Francesco robił, lecz w jaki sposób. Kondycja którą świadomie wybrał stanowiła policzek dla establishmentu ówczesnego chrześcijaństwa. Dziś widok brata mniejszego daje mi trochę wiary w kondycję współczesnego Kościoła - oto brat z USA w poszukiwaniu wody:

Nie bez przyczyny mieszkańcy miasta Franciszka umiłowali. Do dziś mówią o nim tak, jakby ciągle żył wśród nich.

Będąc w Asyżu załapaliśmy się na organizowany co dwa lata festiwal dla pokoju. Była to impreza całkowicie świecka, a jej kluczowy element stanowił przemarsz ludności, zmierzający na Rocca Magiore, gdzie następnie odbywały się koncerty.

Uderzył mnie fakt, że to pozbawione zupełnie religijnej otoczki wydarzenie, przybiera zgoła religijne formy. Kolorowy korowód wijący się wąskimi uliczkami pod górę, składał się m.in. z wszelkich możliwych służb mundurowych, oraz ich sztandarów. Właściwie gdyby nie brak monstrancji, oraz zamykający pochód, nadgryzieni zębem czasu hipisi, to pomyślałbym, że to procesja na Boże Ciało. :)

A to Santa Maria della Paciella (aka Matka Boska Jazłowiecka):

Brzemienną będąc. Alana młodego żywot jej nosi. Więcej o Asyżu i Franciszku można poczytać na jej blogu.

W szalecie publicznym próbował ze mną porozmawiać pan, opiekujący się przybytkiem. Nie za bardzo rozumiałem co mi chce przekazać, ale w końcu pokazał na Pacię i mówi coś w rodzaju: "uno bambino - Francesco, una bambina - Francesca". Pan wypowiedział to co sami mieliśmy na myśli, no i Alan dostał Franciszek na drugie imię.

sobota, 18 grudnia 2010

Panpsychizm

Mój zawód wyuczony to filozof. Oto historia z czasu studiów, która głęboko zapadła mi w pamięć.

To był wykład na temat świadomości. Pozycja wykładowcy w przestrzeni ulegała nieustannej zmianie, co nie dziwi o tyle, iż wśród filozofów tradycje perypatetyckie są wciąż żywe. W pewnym momencie dynamika nieco osłabła - psor usiadł na biurku robiącym za katedrę, nogi zaś oparł na stojącym przed nim krześle. Ciągnął wywód dalej, aż w którymś momencie poczynił następującą uwagę - cytuję z pamięci:

Jeśli to co twierdzi współczesna fizyka jest prawdą, to być może nie powinniśmy odmawiać świadomości także przedmiotom - na przykład takiemu oto krzesłu.

W tym momencie sugestywnie zwrócił uwagę na krzesło, na którym spoczywały jego doskonale wyeksponowane, obute stopy.

Pewnie ono też ma świadomość, aczkolwiek jest to świadomość bardzo prosta - na przykład taka dwustanowa. Coś w rodzaju: jestem siedziane / nie jestem siedziane.

Kiedy po wykładzie wychodziliśmy z sali, kolega lekarz, studiujący filozofię jako drugi fakultet, podzielił się ze mną taką oto refleksją:

Takie rzeczy tylko tu można usłyszeć - gdzie indziej za tego rodzaju wypowiedzi zamyka się w psychiatryku.

O ile mnie pamięć nie myli, kolega ów pisał pracę magisterską na temat filozoficznych zagadnień powiązanych z praktykowaniem przeszczepiania głów. :)

niedziela, 28 listopada 2010

Alan kolorowy i w czapce



Alanowa logosfera

Oglądałem właśnie "12 małp" Terryego Gilliama, kiedy Alan zaczął gadać przez sen:

Automatem robi pik, "do ciebie mówię".
Są lataczeczki klapnące, jedziemy samochodem do morze-fale.
To jest fontaneczeczka i lataczeczek.
To jest chłopaczek bliźniaczek.

Misiu powtórzył tę sekwencję kilka razy. Mam pewien wgląd w Alanową logosferę, spróbuję więc rozjaśnić znaczenie specyficznych słów. Kawałek z automatem jest z Ijona Tichego w wersji z surrealnego serialu niemieckiego

Chodzi o fragment z epizodu Kongres Futurologiczny, w którym automat z napojami okazuje się być ambasadorem koronnym innej cywilizacji.

Lataczeczek, fontaneczeczka - misiu zdrabnia bardzo wiele słów. Potrafi też wiele razy iterować deminutywne suffixy - np. mleczuszeczeczuszeczko.

Klapnący to tyle, co będący w stosunku do poziomu pod pewnym kątem innym niż kąt prosty, a także zmieniający dynamicznie ten kąt. Np. "poklapnąć" to tyle co doprowadzić kąt do zera stopni, np. w związku z wywrotką jakiegoś przedmiotu na podłogę. "Klapnąca" może być antena na dachu samochodu, jeśli nie sterczy w górę, ale także obracający się wiatrak, czyli lataczek (najczęściej jeszcze dodatkowo zdrabniany) - misiu kocha wszelkie lataczeczki. Znaleźliśmy taki film o nich na tubce:

Mam wrażenie, że Alan stosuje suffix "fale" po to, by precyzyjnie odróżnić znaczenia terminów "morze" i "może". Lataczeczki z kontekście "morze-fale" oznaczają zapewne turbiny wiatrowe w okolicach Pobierowa, które misiu miał przyjemność widzieć z bliska - jak przypuszczam kolosalny lataczeczek zrobił na nim adekwatne wrażenie.

Chłopaczek bliźniaczek - trudno powiedzieć czy Alan wymyślił to sam. Pierwszy raz określił w ten sposób własne odbicie w lustrze. Teraz mówi tak także o innych dzieciach płci męskiej.

BTW Ijona Tichego, misiu ostatnio oznajmił:

Alanek musi zrobić sobie elektronicznego towarzysza.

Chyba przyszedł czas na intensywniejszą socjalizację z rówieśnikami. Wczoraj weszliśmy do jednego sklepu. Misiu stanąwszy w progu oznajmił:

To skromny malutki sklepik.

:) Zacytował Sophie z Ruchomego zamku Hauru.

sobota, 20 listopada 2010

Wiolonczeliści: skrzypek Michał Jelonek :)

To jest pierwszy post z cyklu "Moi ulubieni wiolonczeliści" i traktuje o ... skrzypku :) . Wiolonczela jest moim ukochanym instrumentem. Od jakiegoś czasu sam próbuję grać, niestety z marnymi efektami. Alan nie bardzo daje mi ćwiczyć - znajduje tę czynność dużo mniej atrakcyjną, niż zabawę nóżką wiolonczeli (można wysuwać). :)

Moje poważniejsze zainteresowanie muzyką smyczkową zaczęło się jednak od skrzypiec. Na jakąś imprezę ktoś przyniósł płytę zespołu Ankh, który właśnie zyskał pewien rozgłos po sukcesie na festiwalu w Jarocinie. To było objawienie - kapela, która miała w instrumentarium skrzypce, i to trzymane w rękach muzyka grającego wcześniej w orkiestrze symfonicznej - efekt był bardzo świeży. Oto jak prezentował się Ankh w Jarocinie w roku 1993:

Nabyłem od razu własną pierwszą kasetę Ankh, tzw. czarną, a zaraz potem białą - akustyczną. W zasadzie nie byłem fanem zespołu, lecz jego skrzypka - Michała Jelonka. Zacząłem też czytać różne biografie Paganiniego, i kupować kasety z nagraniami jego kaprysów i koncertów skrzypcowych. Pamiętam że w dzieciństwie muzyka skrzypcowa raczej mnie odstręczała. Nagle zacząłem znajdować wielką przyjemność w słuchaniu popisów gry skrzypcowej - kontemplować nie tylko piękno kompozycji (Paganini nie był bardzo wybitnym kompozytorem), ale także trudność wykonania danego utworu.

Czytałem kiedyś wywiad z Jelonkiem, w którym opowiadał w jaki sposób znalazł się w Ankh. Spotkali się całkiem przypadkowo, na jakimś przeglądzie teatralnym. Jelonek grał wcześniej w orkiestrze symfonicznej i występ z "rockmanami" był dla niego zupełnie nowym doświadczeniem. Jego koledzy technicznie byli przeciętnymi muzykami, natomiast mieli coś, czego w swoim dotychczasowym życiu muzycznym skrzypek nie doświadczył - poczucie wolności. Jelonek mówił, że poczucie wolności tworzenia, to właśnie to, czego zaczął się wtedy uczyć.

Mieliśmy z pacią okazję porozmawiać z Michałem, po którymś koncercie Ankh. Wyglądał już zupełnie inaczej niż w Jarocinie. Wpisał się w konwencję długowłosych frontmanów, a do skrzypiec podłączony miał efekt, przełączany stopą. Brzmienie było coraz ciekawsze.

Kolejne płyty zespołu Ankh zachwycały mnie stopniowo coraz mniej. Są tam pojedyncze kawałki które cenię. Jakość masteringu była dużo wyższa niż wcześniej, ale nie czułem już tej pierwotnej świeżości obecnej na czarnej płycie. Potem przeczytałem, że na ostatniej płycie Ankh Jelonek nie występuje wcale.

Jakaż była moja radość, kiedy okazało się że Michał po latach wydał nową płytę. Tutaj kawałek z tego wydawnictwa o wielce sugestywnym tytule BaRock:

Choć tytuł "Jelonek" sugeruje album solowy, skrzypek ma tutaj dosyć mocne wsparcie ze strony sidemanów. Co ciekawe na tym krążku nie ma ani jednego utworu z wokalem, co jak na polską scenę muzyczną stanowi duży ewenement. Szczerze mówiąc wokal najbardziej mi przeszkadzał w twórczości Ankh - tworzył specyficzny klimat, jak to ujął mój kolega, "artystowski" :) - cokolwiek pretensjonalny. Jakość dźwięku na "Jelonku" jest bardzo wysoka. Nasz współczesny Paganini nie jest może najciekawszym kompozytorem, za to technicznie doskonały i w dodatku czuje ducha dzisiejszej muzyki.

wtorek, 16 listopada 2010

Inwestycje uczuciowe

Nie po to kochamy dzieci, by nam to uczucie odwzajemniały, lecz by kochały własne.

czwartek, 21 października 2010

Kołysanka

Kołysanka by Pacia (na melodię "na Wojtusia z popielnika"):

Była sobie raz królewna,
pokochała grajka.
Zbulwersował on rodzinę,
bo był weganinem.

Rozpłakała się królowa,
cóż za wredny grajek.
Jak on wnuki me wyżywi
bez mleka i jajek.

środa, 7 kwietnia 2010

Twórczość ludowa

Zaśpiewka ludowa z początku XXI wieku:

Szukałam bozonu mojego Higgsa,
szukałam, lecz nie znalazłam.

Znalazłam bozon mojego Higgsa,
pochwyciłam go i już nie puszczę.

niedziela, 24 stycznia 2010

Czarne krwinki i zielone krwinki




Dziś oglądaliśmy Było sobie życie. Przed chwilą przed zaśnięciem Alan upierał się co co istnienia czarnych i zielonych krwinek. :)