Nowa era eksploatacji zwierząt już się rozpoczęła. W najbliższych latach biotechnologie będą nas zaskakiwać coraz bardziej, ponieważ coraz mocniejsi jesteśmy w "programowaniu naturalnym", przy pomocy języka DNA. Mam nadzieję że równie szybko rozwiną się technologie podtrzymywania ontogenezy, bez potrzeby zachowywania funkcji ośrodkowego układu nerwowego. Być może są to najbardziej etyczne badania naukowe prowadzone obecnie na świecie. Poniżej projekt wertykalnej fermy odkorowanego drobiu, w której funkcje życiowe kur podtrzymywane są analogicznie jak to się działo w przypadku innego gatunku zwierzęcia w filmie Matrix.
czwartek, 31 maja 2012
sobota, 5 maja 2012
Płeć klocka
Świetny materiał o genderyzacji klocków LEGO - poważna filozofia kultury w popkulturowej formie. Wszystko co pomyślałem na ten temat zobaczywszy nową serię LEGO Friends, choć nie potrafiłbym ubrać tego w słowa tak pięknie jak Anita Sarkeesian.
Ale może zacznę od tego czym jest genderyzacja. Byliśmy jakiś czas temu na koncercie wspaniałej Kaki King, najlepszego gitarzysty ever. Pod koniec imprezy Kaki zareklamowała t-shirty z ręcznie robionym artworkiem, zaznaczając też że są dostępne w damskim i męskim fasonie, po czym dodała: "but you know, you don't have to genderize it".
Gender to płeć kulturowa, czy też społeczna. Te wszystkie stereotypy, role, wartości, słowem wszelkie asocjacje łączone powszechnie z płcią biologiczną, a będące w istocie pochodną ewolucji konwencji kulturowych. Genderyzacja zachodzi wtedy, kiedy formy przedmiotów przeznaczonych dla ogółu populacji zostają naznaczone elementami kojarzonymi w danej kulturze z określoną płcią. Zjawisko nie dotyczy wyłącznie sfery produkcji, choć tu najłatwiej je dostrzec. Mamy wszak do czynienia z maskulinizacją, lub feminizacją określonych zawodów, czy dziedzin wiedzy. Określone sposoby działania rezerwujemy powszechnie dla określonych płci, etc.
W samej genderyzacji nie ma nic zdrożnego - dla badacza kultury jest ona po prostu zjawiskiem które można opisać, paralelnym np. z modą. Opis jest czasami o tyle trudny, że przez większość czasu genderyzacja pozostaje dla nas przezroczysta, bo w niej wyrośliśmy i ją wciąż współtworzymy. A wszak w społeczeństwie zdarzają się jednostki nie akceptujące form płci kulturowej przypisanych do ich płci biologicznej - np. transwestyci. W społeczeństwie mogą oni spotkać się z potężną dezaprobatą, czy wręcz pogardą, ale właśnie ich transgresyjna kondycja pozwala zrozumieć konwencjonalny charakter płci kulturowej funkcjonujący w naszych głowach. Miast gardzić, pomagajmy sobie w dekonstruowaniu własnych schematów myślenia - niekoniecznie po to, by je odrzucać, lecz by lepiej zrozumieć siebie samych.
Dawniej genderyzacja zabawek nie przybierała tak ostrych form jak dzisiaj - sam pamiętam czasy braku wyraźnego podziału na klocki LEGO "dla chłopców" i "dla dziewczynek". Aż trudno uwierzyć jak bardzo genderyzacja postępuje w wielu dziedzinach życia, mimo całej feministycznej krytyki społeczeństwa. Współczesne systemy ekonomiczne kultury zachodu opierają się w dużej mierze na wytwarzaniu rynku zaspokajania nieistniejących wcześniej potrzeb. Dawniej istniał jeden rodzaj szamponu, a teraz mamy dziesiątki ich rodzajów od każdego z producentów - do włosów suchych, tłustych, z łupieżem, po farbowaniu, z odżywką, etc. Jeszcze ciekawiej to wygląda w przypadku produktów technologicznych, bo tu nowe potrzeby uświadamiane są konsumentom w tempie wręcz ekspresowym - komputery, laptopy, telefony komórkowe kolejnych generacji, z kolorowym ekranem, z polifonicznymi dzwonkami, smartphone'y, netbooki, tablety. Obuwie sportowe jest obecnie maksymalnie specjalizowane do specyfiki wszelkich możliwych dyscyplin. Te wszystkie procesy przekładają się na coraz większą specjalizację produktów, pozwalającą na maksymalną penetrację nisz reprezentowanych przez konsumentów o różnych zainteresowaniach. Genderyzacja idzie z tym w parze - masowo produkowane uniwersalne przedmioty muszą być naznaczone stygmatami płci kulturowej, ot choćby takimi jak kolor - "różowy dla dziewczynek, a niebieski dla chłopców". Ale spróbujmy cofnąć się w czasie o jedno stulecie. Oto jak wyglądało to w 1918 roku:
Akceptowana powszechnie reguła brzmi: różowy dla chłopców, a niebieski dla dziewczynek. A to z tego powodu, że różowy jest kolorem bardziej zdecydowanym i mocniejszym, a więc odpowiedniejszym dla chłopców, podczas gdy niebieski, który jest bardziej delikatny i gustowny, jest piękniejszy dla dziewcząt.
Od lat czterdziestych XX w. norma społeczna uległa kompletnemu odwróceniu. Swoją drogą ciekawe z jakich powodów.
Ale jaki jest w ogóle cel krytycznego przyglądania się ewolucji form i treści w przypadku klocków LEGO? Otóż te klocki nie są zwyczajną zabawką. Rozwijają pamięć, wyobraźnię przestrzenną i stymulują dziecko do kreatywności przejawiającej się w produkowaniu własnych konstrukcji. To są zabawki produkowane masowo (co może uświadomić fakt, iż firma LEGO jest największym na świecie producentem opon ;) ) i powszechne wśród dzieci kultury zachodu, i jak przypuszczam ich ogólna rola we wspomaganiu rozwoju poznawczego człowieka jest bardzo znacząca, choć równocześnie trudno wyobrazić sobie w praktyce badania, które by taką tezę falsyfikowały. W serii Friends, odwiecznie symboliczne miniaturowe postaci LEGO stają się nagle znacznie bardziej zantropomorfizowane - jak lalki. W tych zestawach aspekt konstruowania schodzi na dalszy plan - na pierwszy wysuwa się zabawa postaciami wyłącznie kobiecymi, żyjącymi w stworzonym dla nich świecie. Czy nie należało zwyczajnie zwiększyć ilość postaci kobiecych w tradycyjnych zestawach? LEGO zapędziło się w ślepy zaułek całkowicie maskulinizując w przekazie reklamowym swoją dotychczasową ofertę. Obecna próba feminizowania niektórych zestawów (chłopcy na pewno nie ruszą tych "dziewczyńskich" klocków) z pewnością przyniesie firmie znaczące przychody, lecz jakie będzie to mieć długofalowe konsekwencje dla rozwoju naszych dzieci?
Pracuję w branży IT, która chlubi się działaniem według standardów wyznaczonych przez merytorkację. W przypadku ewolucji technologicznej organizacje ignorujące ustrój merytokratyczy nie mają szans w wolnorynkowej konkurencji. Jeśli chodzi o komponenty oprogramowania i metody jego rozwijania, należy wciąż dyskutować o wadach i zaletach danych rozwiązań, tak by w efekcie wybrać te optymalne (ten ekosystem wciąż ewoluuje). Stosowanie technologii i metodyk odgórnie i arbitralnie narzuconych niesie ryzyko znacznego zmniejszenia konkurencyjności firmy branży IT, a w konsekwencji nawet jej bankructwa. Przez analogię do ewolucji biologicznej można wręcz mówić o doborze naturalnym, a zachowywanie merytokracji jest jednym z istotnych czynników decydujących o adaptacji organizmu danej organizacji (niekoniecznie korporacji, co pokazuje żywotność ruchu otwartego oprogramowania egzystującego właśnie dzięki skrajnemu wyzyskiwaniu merytokratycznej orientacji).
Obserwuję wciąż jak niekorzystne z punktu widzenia branży IT skutki przynosi genderyzacja, i ogólna maskulinizacja związanych z tą branżą zawodów - np.:
- Presja społeczna otoczenia (np. rodzice) działa wciąż w ten sposób, że nawet mimo początkowych technicznych zainteresowań dziewczyny wybierają potem inne ścieżki edukacji.
- Popkulturowy wizerunek "informatyka", geeka, czy nerda odstrasza od inżynierii kobiety. Tym bardziej że z genderyzacją paralelne jest dowartościowywanie aspektów estetycznych, nie zaś wiedzy. Emisja serialu Big Bang Theory wiąże się ponoć ze zwiększonym zainteresowaniem studiami z dziedziny fizyki teoretycznej, niestety mam wrażenie że z kolei emisja serialu The IT Crowd ma dokładnie odwrotny skutek dla branży IT.
- Genderyzowane klocki LEGO - konstrukcyjne dla chłopców, a "życiowe" dla dziewczynek, będą prowadzić jak można przypuszczać do utrwalania różnic w kontekście poznawczym u dzieci różnej płci.
Podtrzymywanie kulturowych paradygmatów w związku z którymi branża IT traci niemal połowę potencjalnych pracowników (choć różnie to bywa w różnych stronach świata) jest absurdalnie niemerytokratyczne.
Seria LEGO Friends wzbudziła kontrowersje do tego stopnia, że powstała petycja protestacyjna skierowana do władz koncernu. Zachęcam do jej podpisania.
Wykorzystane w tekście zdjęcie pochodzi z artykułu LEGO Bets on the Ladies… and Misses the Mark, w którym autorka dzieli się garścią bardzo gorzkich osobistych refleksji na ten temat:
Jak większość małych dziewczynek, moja córka karmiona była stałym strumieniem medialnego przekazu mówiącego że wartość dziewczyny określa jej wygląd. I mimo najszczerszych wysiłków jej mamy, by nauczyć ją że jest inaczej, ona w to wierzy.
A tutaj druga część materiału Anity Sarkeesian:
czwartek, 26 stycznia 2012
Ruch wyzwolenia memów
Jakiś czas temu, w jakiejś dyskusji o kryteriach wartościowań etycznych, zastanawiałem się czy ludzie będą kiedyś skłonni poświęcać zdrowie i życie dla ratowania dajmy na to światłowodu na dnie oceanu, odpowiedzialnego za istotną część internetowych transmisji. Wydało mi się to jeszcze kompletną abstrakcją, ale wyraziłem opinię że może pokolenie naszych dzieci spojrzy już na zagadnienie zupełnie inaczej. Rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania - wczoraj sam znalazłem się na demonstracji sprzeciwiających się ratyfikacji przez Polskę ACTA.
Mem to analogon genu. Próba stosowania teorii ewolucji do opisu procesów rozwoju kultury zaowocowała taką właśnie metaforą jednostki kodującej pewną informację kulturową. Nasze mózgi są "wehikułami" memów, a nasza rola w kontekście memetyki sprowadza się do funkcji replikatora.
Ale termin mem wszedł też do powszechnego słownika. Oglądane masowo materiały, np. określony film na YouTube o setkach milionów odsłon:
, też określa się właśnie mianem "internet meme". Replikujemy go oglądając, czy czytając (przyswajając, percypując, konceptualizując, internalizując, etc.), a także rozsyłając innym linki. Lista internetowych memów jest równie ciekawa co ich definicja, a analiza socjologiczna zjawiska dotyczy tak naprawkę zupełnie nowego rodzaju społeczeństwa, o zupełnie nowych kryteriach tożsamości. Przedstawicieli tej grupy widziałem wczoraj w nadspodziewanie dużej masie (podobnież było tam 3,5 tysiąca ludzi) - ba, byłem jednym z nich (tak w temacie moich nieetnicznych i niereligijnych kryteriów tożsamości ;) ).Internet jest idealną "przestrzenią" dla memów. Niektórzy argumentują wręcz za tym, że "samolubne memy" tak warunkowały własne replikatory, by w końcu taką przestrzeń uzyskać. ;) W internecie funkcjonują czyste idee, zanika w związku z tym kategoria autorstwa (wikipedia, anonymous, etc.), a więc także praw autorskich. Próby legislacyjnego regulowania tych zagadnień w tradycyjnym prawniczo-gutenbergowskim paradygmacie, nie przystają zwyczajnie do rzeczywistości. Internet powoli staje się wartością autoteliczną - celem samym w sobie. Przewidywałem że się to stanie, ale nie sądziłem że aż tak szybko.
Jest taki mem wybitnie autotematyczny - to idea "wolności słowa", albo raczej w nowym słowniku możliwość nieskrępowanej replikacji.
Więc i ja protestowałem wczoraj przeciwko próbom cenzurowania internetu z pomocą ACTA. Na jednym wielotysięcznym zgromadzeniu memy znalazły obrońców w postaci studentów, licealistów, anarchistów, narodowców, adminów, programistów, nerdów różnej proweniencji z wielu różnych kulturowych nisz. Wszyscy oni znaleźli chwilowo zbiorową tożsamość pod hasłem "internauta" - ale czy aby na pewno "chwilowo"?. Wielu chciałoby pewnie taki protest podciągnąć pod retorykę antyrządową, ale jest to obraz zdecydowanie fałszywy. Za fałszywe uznaję także doszukiwanie się u większości protestujących motywów ekonomicznych ("piractwo" jako sposób na tańsze pobranie z internetu memów bardzo kosztownych w tradycyjnym ich obiegu). Chodzi po prostu o "wolność" dla memów, czyli swobodny do nich dostęp dla nas - replikatorów.
Teilhard de Chardin jako konsekwentny ewolucjonista, miał głębokie przeświadczenie że na ewolucji biologicznej progres się nie kończy. Że ewoluuje także tzw. "psychozoik" - poziom kultury wyłaniający się z biologii, w analogiczny sposób jak życie biologiczne wyłania się z materii. Postulował zatem kolejne etapy owego progresu - opisał coś w rodzaju globalnej świadomości która ma wyemancypować się z umysłów ludzkich i opleść całą ziemię. Nazwał ją noosferą i jak twierdzą niektórzy przewidział w ten sposób narodziny globalnej sieci komputerowej.
Metafora noosfery może być zbyt poetycka i zbyt już odległa, choć doskonale wyzyskał jej potencjał Jacek Dukaj w Perfekcyjnej niedoskonałości. Z pewnością jednak w zawrotnym tempie wyłania się na naszych oczach "memosfera" - jeśli tylko skonstruujemy dostatecznie inteligentne maszyny (a według niektórych szacunków jeszcze za naszego życia może nastąpić moment technologicznej osobliwości, czyli singularity), replikacja osiągnie zupełnie inny poziom - nie będzie już zastosowania dla komponentu białkowego replikatora - noosfera faktycznie się wyemancypuje. ;)
Z wielu skandowanych wczoraj haseł (bardzo różnej jakości), najbardziej zafrapowało mnie jedno wykrzyczane na koniec demonstracji: "pijemy za internet". ;)
środa, 25 maja 2011
Człowiek - zwierzę spocone
Czytałem ostatnio o ciekawej teorii odnośnie genezy mechanizmu empatii. Kilka cech wyróżnia nasz gatunek spośród innych gatunków zwierzęcych. Ot choćby zakamuflowany moment owulacji u samic, z czym wiąże się więziotwórcza funkcja stosunków seksualnych istotna dla wieloletniego wychowania relatywnie niedorozwiniętych ludzkich noworodków. Kolejny wyróżnik to niewiarygodna wprost potliwość, z czym wiąże się zdolność do biegów długodystansowych (mam na myśli dystanse od parudziesięciu do paruset kilometrów). Pytanie czemu służy taka ewolucyjna adaptacja?
Od milionów lat hominidy polują na inne zwierzęta, dostarczając sobie w ten sposób dodatkowego białka. Zaawansowane narzędzia zabijania są jednak relatywnie późne. Zdrowy osobnik Pan sapiens jest natomiast w stanie zabiec na śmierć niemal dowolne zwierzę, czego może dokonać jeszcze w wieku blisko sześćdziesięciu lat, kiedy to osiągi w biegach długodystansowych powracają do poziomu 19-latka (szczyt formy przypada mniej więcej na 27 rok życia). Jest to możliwe dzięki kilku szczegółom naszej anatomii takim jak np. ścięgno Achillesa, ale przede wszystkim dzięki gruczołom potowym zlokalizowanym na powierzchni całego ciała. Inne gatunki chłodzą organizm zasadniczo przez drogi oddechowe, co okazuje się być metodą dalece niewydajną.
To nie tylko teoria. Odkryto plemiona, które stosują tzw. polowanie uporczywe. Takie łowy wymagają od myśliwego niezmiernej uważności. Musi on wziąć pod uwagę wszelkie szczegóły sytuacji w rodzaju tropów upatrzonego osobnika (np. antylopy), stopnia jego pragnienia, kształtu ekskrementów, ale co najważniejsze myśliwy musi niejako wczuć się w psychikę swej ofiary. Myśleć tak jak to zwierzę, by przewidzieć jego przyszłe zachowania. Jak przypuszczam "myślenie" i "myśliwy" mają wspólną etymologię, co w tym kontekście jest zupełnie zrozumiałe. Myśliwy musiał być empatyczny.
Na poziomie neurobiologicznym mechanizm empatii wyjaśnia się z pomocą neuronów lustrzanych, ale jest to oczywiście jedynie fizykalny sposób realizacji pewnej funkcji mentalnej. Spotkałem się z argumentem, iż o empatii można mówić sensownie jedynie w kontekście odniesienia do osobników tego samego gatunku. To o czym pisałem wyżej pokazuje iż jest zgoła inaczej.
Pan sapiens - spocony empatyczny myśliwy. Prawdopodobnie dzięki takiej kondycji naszego gatunku niektórzy jego osobnicy skonstatowali ostatecznie "zmierzch świadomości łowcy". Argumenty "z empatii", do których odwołują się obrońcy praw zwierząt, są często lokowane w kontekście czysto emotywnym, co jest jak mi się wydaję wysoce niesłuszne.
A teraz napiszę co przedstawia ilustrujące tego posta zdjęcie. Biegną na nim noga w nogę Arnulfo Quimare oraz Scott Jurek. Quimare jest z plemienia Tarahumara zamieszkującego Miedziany Kanion w Meksyku. Ci Indianie stanowią społeczność dla której bieganie długodystansowe to nie tylko modus operandi, ale przede wszystkim modus vivendi. Jurek jest natomiast najprawdopodobniej najlepszym długodystansowym biegaczem świata (ultramaratony), a równocześnie praktykuje od lat dietę wegańską.
niedziela, 18 maja 2008
Determinizm, a wolna wola
Początkowo zacząłem pisać komentarz w odpowiedzi Jaremie (post Sysynka), ale z czasem wyszło tego tyle, że postanowiłem wrzucić osobny tekst. A oto oryginalny komentarz Jaremy:
A determiniści i materialiści powiedzą, że ciało porusza się, bo się porusza (fizyczny ciąg przyczynowo-skutkowy), jest zdeterminowane, zaś świadomość jest wobec tego poruszania się wtórna (vide eksperyment Libeta) i tylko nam się wydaje, że ciągniemy swoje ciało nierozciągłą świadomością.
Nota bene o ile pamiętam, to jesteś indeterministą - jak jesteś w stanie obronić indeterminizm? Ja próbowałem nieraz w dyskusji z kolegą filozofem analitycznym i nic mi z tego nie wychodziło. Pozdrawiam - Jarema
Determinizm i filozofia analityczna - kiedy pada to zestawienie, to mam wrażenie że chodzi o bardzo specyficznie pojętą filozofię analityczną, w której brzytwa Ockhama (stępioną przez wieki o brodę Platona, jak pisał Quine :) ) rozumiana jest jako nieznoszący sprzeciwu redukcjonizm - jest to oczywiste pokłosie pozytywizmu logicznego. Ja akurat przyznając się do filozofii analitycznej pozostaję holistą - w pewnym sensie także dualistą.
Oto garść znanych mi faktów odnośnie zasadniczego tematu:
- nasze ludzkie ciała, jako przedmioty umieszczone w przestrzeni fizycznej, poddane są fizycznym prawom ruchu
- obserwowany sposób poruszania się organizmów biologicznych polega z reguły na uorganizowaniu sekwencji ruchów warunkowanych fizykalnymi związkami przyczynowo-skutkowymi (chodzenie, to "kontrolowane upadanie")
- dzięki badaniom neurobiologii i neuropsychologii wiemy, iż przynajmniej w przypadku zwierząt zasadniczym organem zawiadującym tym procesem w sensie fizykalnym jest mózg wraz z układem nerwowym (neurony - mięśnie/ścięgna)
- poruszenia własnego ciała intersubiektywnie konceptualizujemy jako coś z reguły zależnego od naszej świadomości (pojęcie woli)
- Pewne eksperymenty z zakresu neuropsychologii (np. Libeta) wskazują, iż przynajmniej w wypadku niektórych decyzji co do poruszeń ludzkiego ciała, akty świadomości konceptualizujące owe decyzje zachodzą w jakimś czasie po zainicjowaniu ruchu przez inne rejony mózgu.
Odnośnie tego rodzaju eksperymentów - o kontynuacji pracy Libeta można przeczytać np. w Wired. Opisane tu experyment wykazał 7 sekund różnicy pomiędzy zainicjowaniem przez mózg aktywności prawej lub lewej ręki (wciśnięcie przycisku), a aktem świadomości, który tę decyzję konceptualizuje. Ale czy grając dajmy na to w tenisa realizujemy deterministyczny proces? Śmiem wątpić. Sam Libet, jak czytam na wikipedii, dla rozwiązania zaobserwowanych paradoksów rozwijał Conscious Mental Field Theory.
W the Economist czytałem też ciekawy artykuł o pedofilu, u którego zdiagnozowano nowotwór mózgu. Po usunięciu guza skłonności pedofilskie nagle zniknęły. Po jakimś czasie pojawiły się znowu, jak się okazało towarzyszył temu nawrót nowotworu.
Tego typu badania stawiają oczywiście w zupełnie nowym świetle tradycyjną koncepcję wolnej woli. Nie sądzę jednak, by dla człowieka nawykłego do myślenia o własnej świadomości w kategoriach wytworzonych przez neuropsychologię, był to jakieś szczególnie druzgocące odkrycia.
W przypadku stosowania redukcjonizmu jako metodologii naukowej w ogólnie pojętej kognitywistyce, dochodzi do opisu treści świadomości - procesów mentalnych, w kategoriach ich fizycznej implementacji (neurony). Stąd łatwo wyciągnąć wniosek, że świadomość "zrobiona" jest z materii, a zatem jest fizykalnie zdeterminowana. Ale to właśnie badania z zakresu fizyki materii - tych najmniejszych cząstek, stawiają pod znakiem zapytania całą tradycyjną koncepcję fizykalnego determinizmu (Kot Schrödingera). Nie na tym jednak chciałbym oprzeć moją argumentację, choć jak wierzę właśnie tutaj tkwi klucz do zrozumienia tych zagadnień.
Mój komputer w aspekcie fizykalnym składa się zasadniczo z procesora. Procesor ten ma sposób zachowania całkowicie zdeterminowany i przy okazji przewidywalny (gdyby było inaczej, to bym się tym bardzo martwił :) ). Na procesorze uruchamiam programy. Programy w większości wypadków składają się z całych serii instrukcji warunkowych. Te instrukcje z kolei uzależnione mogą być od wartości losowych. Słowem deterministyczne procesory wykonują indeterministyczne programy.
Dzięki cognitive science od lat już utrwalona jest analogia komputer-mózg, a bardziej szczegółowo także analogia program-świadomość.
Byty przetważane przez komputery to informacje. Pomijając tutaj szczegółowe kwestie ontycznego statusu takich bytów - informacja istnieje jedynie, kiedy jest konceptualizowana przez jakąś świadomość (w tym wypadku ludzką). Przedstawiciel obcej cywilizacji kosmicznej z pewnością nie połapałby się w symbolach kodowanych w naszych komputerach. Dzięki domniemanej konwergencji w ewolucji tamtej kosmicznej kultury, być może skonceptualizowałby zera i jedynki, ale już na pewno nie łacińskie znaki i arabskie cyfry. :) Właśnie gdzieś tutaj - w tym konwencjonalnych charakterze treści kulturowych kodowanych w maszynach, dopatrywałbym się tego momentu zmiany jakościowej, gdzie fizykalna - zdeterminowana struktura na pewnym poziomie konceptualizacji odzwierciedla coś z gruntu niezdeterminowanego. Monitory naszych komputerów zbudowane są w oparciu o subelementy RGB, ponieważ takie receptory znajdują się na siatkówce naszego oka. Dla kotów powinniśmy budować inne telewizory, emitujące inne zestawy kolorów :). Przypuszczam, iż indeterministyczny efekt funkcjonowania naszych komputerów wynika po części właśnie z tego, iż są formą emanacji naszych "wolnych" świadomości - poza ludzką kulturą maszyny te stanowią twory całkowicie nonsensensowne.
Przy tym maszyneria neuronalna naszych mózgów jest niepomiernie bardziej złożona niż największe nawet współczesne komputery, a funkcjonowanie świadomość bardziej zawiłe, niż efekt działania najbardziej nawet zaawansowanego oprogramowania. Jeśli szukałbym jakiejś analogii, to np. między mózgiem, a internetem jako całością. Tutaj też wyraźnie czym innym są kabelki sieciowe i routery, a czym innym dane przesyłane przez sieć.
Mam nadzieję, że moja argumentacja była przekonująca. :)
sobota, 5 stycznia 2008
Magisterka
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Chciałbym zobaczyć delfiny
Chciałbym zobaczyć delfiny - to jedno z moich marzeń. Jestem zafascynowany tymi zwierzętami. Delfiny to jeden z trzech gatunków (obok szympansów i słoni), o których wiemy, że poszczególne ich osobniki pozytywnie przechodzą "test na samoświadomość" przeprowadzony z pomocą lustra (Homo sapiens klasyfikuję jako jeden z podgatunków szympansa :) )
Bardzo zasmuciła mnie wiadomość o wyginięciu Delfina Chińskiego z rzeki Jangcy. Ekstynkcja każdego gatunku jest faktem dołującym, ale w przypadku organizmów zajmujących tak wysokie miejsce na krzywej psychozoiku jest to smutek dojmujący. Już nigdy nie będziemy mogli porozmawiać z tym konkretnie gatunkiem.
Jeśli ktoś zaszokowany jest ostatnim zdaniem, to wyjaśniam, że delfiny (prawdopodobnie też inne gatunki waleni), posługują się językiem kontekstowym. Każda grupa wykształca innym systemem kodów. Nie wiemy wprawdzie co do siebie "mówią", lecz możemy zidentyfikować w wydawanych przez nie dźwiękach odpowiedniki "jednostek leksykalnych". Co więcej zwierzęta przywołują się nawzajem generując sygnały będące "derywatami" "słów" stosowanych w innych kontekstach. Można zatem domniemywać, że są to analogony "imion" typu indiańskiego - coś jak "wysoka fala", "płytka woda", etc. . Miejmy nadzieję, że uda się nam kiedyś z delfinami komunikować. Jeśli nie dzięki nauce "delfiniego", to może przynajmniej dzięki uzgodnieniu z nimi jakiegoś wspólnego języka analogicznego do języka ideograficznego, który z powodzeniem przyswajają szympansy.
Delfiny są zazwyczaj bardzo przyjazne w stosunku do człowieka. Często bawią się z dziećmi (nie tylko w delfinarium, także w naturze), udokumentowane są także przypadki uratowania przez nie tonącego człowieka. Kiedy pewien nurek zaatakowany został przez rekina, przybyła nagle z odsieczą grupa tych zwierząt, otoczyła ofiarę szczelnym kordonem i pilnowała w ten sposób przez kilkadziesiąt minut, zanim nie pojawiły się jednostki ratownicze. Delfiny potrafią także dla zabawy wyciągnąć kotwicę i przestawić łódź w inne miejsce. :) Bardzo smutne jest to, że każdego roku te inteligentne istoty padają ofiarą ludzkich polowań. W wielu miejscach świata ich mięso traktuje się jako standardowy składnik diety. Chorobę toczącą naszą cywilizację podkreśla jeszcze mocnej fakt, że w związku z zanieczyszczeniem wód przez człowieka, mięso to jest bardzo niezdrowe, wręcz szkodliwe. Metale ciężkie i pestycydy z pewnością nie pozostają obojętne dla zdrowia waleni i są jednym z czynników kurczenia się ich populacji.
wtorek, 20 listopada 2007
Co tam się dzieje?
Spodziewamy się z Pacią dzieciątka. Lekarz przeprowadzający badanie USG doszukał się "dziwnej pępowiny", więc z wielkim prawdopodobieństwem będzie chop. Dzieciątko zatem ma na imię Alan.
W temacie przejawów aktywności Alana mogę powiedzieć na razie tyle, że nieźle kopie. Miałem też okazję oglądać małego aliena na ekranie. Od ginekologa Pacia dostała różne broszurki. W połowie składają się one z reklam produktów których targetem są rodzice niemowląt (no bo z pewnością nie niemowlęta same). Pozostała treść, nawet jeśli okraszona interesującymi kolorowymi fotografiami, sformułowana jest w języku do tego stopnia przesłodzonym i niemerytorycznym, że czasem trudno się powstrzymać od rzucenia pawia.
Polecono nam książkę Lise Eliot "Co tam się dzieje?", która pisana jest z perspektywy matki-neurobiologa. Bardzo interesujące. Postaram się opisywać tutaj różne reflexje które przychodzą mi do głowy podczas lektury.
Pierwsza sprawa dotyczy recepcji behawioryzmu i ma charakter nieco filozoficzny. Przyzwyczaiłem się już do powszechnej w kręgach akademickich krytyki behawioryzmu, który to stosunek w dużej mierze podzielam. Szczególności skłonni do krytyki są przedstawiciele humanistycznych dziedzin wiedzy, a krytykowane są zazwyczaj pierwotne ujęcia behawioryzmu, któremu zarzuca się uproszczenia, redukcjonizm, a także zwyczajny prymitywizm. Do tej pory nie zdawałem sobie jednak sprawy z paralelizmu implikacji behawioryzmu i Lockowskiej tabula rasa, co uświadomiła mi właśnie Eliot.
We współczesnej nauce mamy do czynienia z konfliktem pomiędzy behawioryzmem stawiającym na wartość doświadczenia w kształtowaniu pierwotnych zjawisk mentalnych, oraz z genetyką, która znajduje przyczynę determinacji tych zjawisk poza "kształtowaniem przez środowisko" i paradoksalnie, mimo iż redukcjonistyczna, jest po drodze z "myśleniem esencjalistycznym" w humanistyce, o którym może jeszcze kiedyś napiszę.
Zaskakuje mnie, i przy tym skłania do pewnej rewizji poglądów, to co Eliot pisze o pozytywnym wpływie behawioryzmu na kulturę w kwestii stosunku do opieki nad niemowlętami, dowartościowania czasu i emocji które się dzieciom poświęca w bardzo wczesnej fazie ich życia. Co za tym idzie behawioryzm miał także wpływ na zmiany w zakresie reguł adopcji - "nowym" rodzicom należy umożliwić adopcję dzieci jak najwcześniej po ich urodzeniu.



