Pokazywanie postów oznaczonych etykietą asyż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą asyż. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 kwietnia 2013

Franciszek

Mieszkańcy Asyżu do dzisiaj żyją w kulcie narodzonego w ich mieście Franciszka "biedaczyny", żebraka z bogatego domu, sługi trędowatych, miłośnika wszelkiego zwierza i fenomenów przyrody, a ponad wszystko człeka zabiegającego o pokój między ludźmi.

W Asyskich księgarniach większość pozycji ze zrozumiałych względów traktuje o Francesco, ale jest także sporo wydawnictw na temat Giovanni Paolo II - "santo del nostro tempo" - np. komiksy dla dzieci o życiu błogosławionego. Pacia i Alan, spacerując kiedyś po tym naszym ukochanym mieście, spotkali pewną starszą Włoszkę siedzącą na ławce przed swym domem. Kobieta zagaiła rozmowę w stylu "o jakie piękne bambino" i wkrótce przeszła do ogólniejszych tematów. Jak się okazało że jesteśmy z Polonii, to zaraz pojawił się temat Wojtyły. Mimo bariery językowej komunikacja jakoś szła: "Giovanni Paolo, santo, santo, Benedykt - nicht gut, sprechen sie deutsch?". Wymowa była mniej więcej taka, że "B16 to już nie jest ten papież, bo jak JP2 modlił się w bazylice Franciszka, to łzy mu płynęły ciurkiem". Odczuwam głębokie wzruszenie kiedy o tym myślę, nie wiem czy uda mi się wyjaśnić dlaczego, ale spróbuję.

Nie mam jakiegoś szczególnego “nabożeństwa” do Wojtyły, ale jego człowiecza wielkość objawiła się dla mnie właśnie w Asyżu. Nie wiem jak często odwiedzał to miasto jako biskup Rzymu, ale zdarzyło się to co najmniej dwa razy. W roku 1986 zaprosił w to miejsce, gdzie ziemia styka się z niebem na stokach góry Subasio, przedstawicieli wszelkich światowych religii. Drugie takie spotkanie Wojtyła zorganizował tuż po zamachach 11 września.

Konserwatywni katolicy formułują wobec pontyfikatu JP2 wiele zarzutów, ale tzw. "grzech Asyżu" ma pośród nich bodaj największy ciężar. W Polskich integrystycznych środowiskach temat jest natomiast raczej tabuizowany, bo kala nie tyle wizerunek urzędu, co obraz "świętego z rodu Polaków". Jeśli na jednym spotkaniu modlili się równocześnie nie tylko chrześcijanie wszelkich denominacji, ale jeszcze żydzi, muzułmanie, buddyści, dżiniści, czy nawet animiści, to niechybnie mamy do czynienia z obrazą Boga najwyższego. No bo jak oni wszyscy na raz mogą mieć rację, skoro "Prawdę" o strukturze bytów supernaturalnych znają jedynie katolicy?

W pewnym sensie te spotkania zorganizowane zostały niemal wbrew wszystkiemu. Wbrew katolikom zbulwersowanym innowiercami w świętych miejscach. Wbrew teologom Kurii Rzymskiej z kardynałem Ratzingerem na czele. Zaistniały także pomimo indyferentności świeckich autorytetów - ateistów, czy agnostyków, dla których "takie sprawy" nie mają specjalnego znaczenia, oraz przy zasadniczej obojętności większości wiernych Kościoła katolickiego. No więc po co to wszystko było?

Wzrusza mnie wyobrażenie białej postaci poruszającej się pod prąd, siła determinacji i rozeznanie stanów z perspektywy globalnej etyki najwartościowszych - pokojowego współistnienia ludzi różnego pochodzenia etnicznego i różnych kultur. Determinacji, która każe zawiesić własną pychę w obliczu spotkania z innym człowiekiem. Podobnie wzruszają mnie historie o ludziach ratujących Żydów przed nazistami - niekoniecznie heroicznie. Czasem tak zwyczajnie, systemowo. Takich w Asyżu, w czasie drugiej wojny światowej, nie brakowało ani wśród świeckich, ani wśród duchownych. Archiwizowane w Yad Vashem relacje na ten temat często akcentują informację, iż ukrywanym Żydom nie ograniczano możliwości praktyk religijnych, oraz nigdy nie próbowano ich nawracać.

W roku 2000 Kongregacja Nauki Wiary, pod przewodnictwem kardynała Ratzingera, przygotowuje deklarację Dominus Iesus - podpisany przez JP2 dokument, który jak twierdzą niektórzy cofnął dialog ekumeniczny i międzyreligijny o dziesiątki lat.

W roku 2006, już po śmierci JP2, rzymska wspólnota świętego Idziego przygotowuje kolejne spotkanie w Asyżu, w 20 rocznicę tego pierwszego. Nowy Pontifex Maximus nie zjawia się jednak (mimo iż do przebycia miałby jedynie 2 godziny jazdy pociągiem z Rzymu). Do uczestników spotkania papież skierował list. Mimo formalnej aprobaty wyrażonej epistolarnie, afront wobec zebranych był jednak ewidentny. Nieobecność B16 wielu uczestników spotkania zapewne odczytało jako policzek.

B16 miał jednak doskonałe wymówkę żeby w Asyżu się nie pojawić - musiał wszak przygotować swoją kolejną prelekcję. 12 września 2006, czyli tydzień później, wygłasza w Ratyzbonie niesławny wykład odczytany następnie przez świat islamu, wbrew intencjom autora, w sposób jednoznaczny - najpopularniejszy przywódca religijny chrześcijaństwa publicznie deprecjonuje religię Mahometa jako kult w który immanentie wpisana jest przemoc. To wystąpienie wywołało protesty w świecie muzułmańskim, w trakcie których spalono kilka kościołów, a w zamieszkach śmierć poniosło kilka osób. Pomijając fakt, iż wściekłość niektórych islamskich protestujących doskonale egzemplifikuje tezy cytowane przez Ratzingera, samo jego wystąpienie było wysoce nierozważne.

27 października 2011 odbyło się kolejne spotkanie międzyreligijne. Tym razem B16 się pojawił. Nie przewidziano jednak wspólnej modlitwy zgromadzonych gości. W świetle poglądów Ratzingera, to nieuprawniony religijny synkretyzm - tworzenie iluzji "panreligii". Zamiast tego zorganizowano panele z wykładami i dyskusjami. Novum stanowiło zaproszenie do dyskusji agnostyków. ;)

Mam wrażenie że Benedykt, za swojego pontyfikatu, lękał się innego "ducha", choć nie lękał się innych myśli - tego co racjonalne. Unikał wspólnego doświadczenia duchowego i afirmacji wspólnych wartości. Unikał też jak ognia sugestii akceptacji "panreligii", w której zatraca się katolicka tożsamość.

Trudno wyobrazić sobie dzisiaj zbrojną chrześcijańską krucjatę pod auspicjami Watykanu. Mam wrażenie natomiast, że postawa B16 stanowiła siłę napędową bardzo wielu "krucjat myśli". W paradygmacie o którym mowa wymiar etyczny nauczania papieskiego schodzi na dalszy plan. Nawet wymiar teologiczny chrześcijaństwa zatraca się w "unaukowionym" dialogu z ateistami, czy agnostykami. By sprostać natomiast intelektualnym standardom współczesności, chrześcijaństwo definiowane jest jako głęboka tożsamość kulturowa świata cywilizacji zachodniej - tożsamość której należy bronić dla utrzymania w ryzach homeostazy tego kawałka świata, szczególnie wobec napływu "obcych". W ten sposób swoista postawa konserwatywno-ksenofobiczna, pod przykrywką autorytetu religijnego, rodziła rodzaj relatywizmu.

Uniwersalny etos pierwotnego chrześcijaństwa genialnie wyrażał się w przekonaniu, iż status moralny przysługuje każdemu przedstawicielowi gatunku Pan sapiens, niezależnie od płci, kultury, religii, pochodzenia społecznego, ekonomicznego, a przede wszystkim etnicznego. Te przekonania zanikły wyraźnie po Konstantynie, mam jednak wrażenie że do naszych czasów zdołały się odrobinę odrodzić, między innymi dzięki takim ludziom jak Franciszek z Asyżu. Mam też niestety wrażenie, że w ramach paradygmatu reprezentowanego przez B16, poszukiwane wartości uniwersalne i wspólne ludziom różnych kultur i religii, były coraz częściej kładzione na ołtarzu swoistego pan-euro-amerykańskiego etnicyzmu, czy też raczej "kulturoizmu" cywilizacji zachodniej.

Dlatego wybór papieża Franciszka, człowieka wykraczającego mocno poza ten dyskryminujący krąg kulturowy, napawa nadzieją. Zobaczymy jak szybko nowy Pontifex Maximus Franciszek zjawi się w Asyżu, jako nasz sługa uniżony.

niedziela, 5 lutego 2012

Nerdowskie dialogi: design czy patterns

- Piękny domek Alanowi zbudowałaś, ale tak go sobie wcześniej zaprojektowałaś w głowie jak Tesla?
- Nie, jak fawelę go zrobiłam.

A teraz objaśnienia.

Tytuł posta nawiązuje do tzw. wzorców projektowych. Teoria wzorców pełni bardzo istotną rolę we współczesnej inżynierii oprogramowania, ale co ciekawe źródłem koncepcji jest architektura. Christopher Alexander opisał tzw. język wzorców - praktykę wykonywania typowych elementów w budownictwie, ale także w ogólnym zagospodarowaniu przestrzeni. W środowisku zawodowym architektów, w przeciwieństwie do środowiska programistów, te idee nie znalazły szerokiego oddźwięku - wykraczają poza obecny paradygmat tej dziedziny. Są jednak budowniczowie, którzy świetnie wykorzystują wzorce projektowe w praktyce, o czym za chwilę.

Nikola Tesla był jednym z geniuszy XX wieku i zajmuje poczesne miejsce w panteonie celebrytów nerdowskiego świata.

Tesla widział elektryczność, to znaczy miał tak wspaniałą wyobraźnię przestrzenną, że skomplikowane urządzenia modelował w umyśle i nie potrzebował żadnego innego pomocniczego medium w rodzaju ołówka i papieru. Wśród licznych swych ekstrawagancji i dziwactw, był też wegetarianinem, czym jeszcze bardziej zaskarbia sobie moją sympatię. David Bowie wcielił się w rolę Tesli w filmie Prestiż

A oto bardzo nerdowska zabawa możliwa współcześnie dzięki dokonaniom Tesli:

A fawela wygląda tak (tutaj powiększenie):

Wbrew futurystycznym wizjom przyszłych domów ze stali, szkła i betonu, miasta przyszłości będą prawdopodobnie budowane głównie jak fawele.

Dzielnice slumsów i fawele powstają bez określonych projektów architektonicznych i wbrew oficjalnym koncepcjom zagospodarowania przestrzeni. Te nowe miasta rosną organicznie - na podobieństwo tworów biologicznych. Budowniczowie replikują jedynie pewne wzorce projektowe. Podobnie budowano miasta w średniowieczu.

A tu dla porównania jeszcze raz fawela:

Często pokazuje się analogie między wytwarzaniem oprogramowania, a budowaniem domów. W moim przekonaniu programistom i architektom rozwiązań IT znacznie bliżej jest do budowniczych faweli, niż do klasycznych architektów. Zadania twórców software'u polegają zazwyczaj na zapoczątkowaniu nowej gałęzi ewolucji memetycznej, która rozwija się potem "organicznie" w przestrzeni jednego z wielu ekosystemów technologicznych. Wszystko tu jest płynne - oprogramowanie często bywa nieaktualne, czy nieadekwatne, w chwilę po tym jak zostanie udostępnione użytkownikom. Te procesy wciąż przyśpieszają, a sukces ewolucyjny danego projektu IT zależy nie tyle od jego ogólnej jakości, co od modelu rozwoju wybiegającego znacznie w przyszłość.

Więcej o serii Nerdowskie dialogi.

piątek, 31 grudnia 2010

Assisi

Rano pobiegłem na Rocca Maggiore. Stanąłem na szosie w miejscu, w którym przeistacza się ona nagle w mury średniowiecznej fortecy. Słońce właśnie wstawało - Brat Słońce.

Pod moimi stopami Asyż - jeszcze zaspany, przykryty cieniem. Przybiegłem tu, ponieważ chciałem doświadczyć tego, o czym przeczytałem w nocy u Brandstaettera. Widoku miasta wstępującego rano do nieba.

Góry nad Asyżem przykryte kołderką chmury, czarnej prawie. Biel stała się czernią, za sprawą przedzierających się z tyłu słonecznych promieni, niezwykły to kontrast. Płaski obłoczek niewiele się odróżnia od czerni wzgórza. To gdzieś tam jest pustelnia Francesco. Może kiedyś pobiegnę jeszcze wyżej...

A im bardziej słońce pnie się w górę, tym mocniej rozświetla krawędź chmury odcinając ją wyraźnie od błękitu nieba. Pierwsze promienie zaczynają muskać najwyższe wieże miejskie. Powoli, z cienia, wyłaniają się budynki. Wszystko w Asyżu zbudowane jest z piaskowca. Piaskowiec odbija światło w bardzo szczególny sposób.

Kiedy tu biegłem, goniły mnie psy. Były wprawdzie za ogrodzeniem, nie mogłem być jednak pewien, czy płot nie kończy się nagle. Te psy strzegły gaju oliwnego. Widziałem jednego z nich, kiedy poprzedniego dnia schodziliśmy z Rocca. Wyglądał wtedy tak potulnie. Bracia psi nie są dla mnie łaskawi. Potem znalazłem za to pewne względy u brata kota.

Przeżywać, a nie posiadać - to ideał naszych ponowoczesnych czasów. Przednowoczesny Biedaczyna doprowadził tę ideę do skrajności. Znalazł drogę nomadyczną, w realiach kultury w której żył. Z jednej strony żywot żebraczy nie wydaje się dla owych czasów niczym szczególnym. Z drugiej zaś, nie tyle ważne jest co Francesco robił, lecz w jaki sposób. Kondycja którą świadomie wybrał stanowiła policzek dla establishmentu ówczesnego chrześcijaństwa. Dziś widok brata mniejszego daje mi trochę wiary w kondycję współczesnego Kościoła - oto brat z USA w poszukiwaniu wody:

Nie bez przyczyny mieszkańcy miasta Franciszka umiłowali. Do dziś mówią o nim tak, jakby ciągle żył wśród nich.

Będąc w Asyżu załapaliśmy się na organizowany co dwa lata festiwal dla pokoju. Była to impreza całkowicie świecka, a jej kluczowy element stanowił przemarsz ludności, zmierzający na Rocca Magiore, gdzie następnie odbywały się koncerty.

Uderzył mnie fakt, że to pozbawione zupełnie religijnej otoczki wydarzenie, przybiera zgoła religijne formy. Kolorowy korowód wijący się wąskimi uliczkami pod górę, składał się m.in. z wszelkich możliwych służb mundurowych, oraz ich sztandarów. Właściwie gdyby nie brak monstrancji, oraz zamykający pochód, nadgryzieni zębem czasu hipisi, to pomyślałbym, że to procesja na Boże Ciało. :)

A to Santa Maria della Paciella (aka Matka Boska Jazłowiecka):

Brzemienną będąc. Alana młodego żywot jej nosi. Więcej o Asyżu i Franciszku można poczytać na jej blogu.

W szalecie publicznym próbował ze mną porozmawiać pan, opiekujący się przybytkiem. Nie za bardzo rozumiałem co mi chce przekazać, ale w końcu pokazał na Pacię i mówi coś w rodzaju: "uno bambino - Francesco, una bambina - Francesca". Pan wypowiedział to co sami mieliśmy na myśli, no i Alan dostał Franciszek na drugie imię.