wtorek, 9 sierpnia 2011

Nerdowskie dialogi: narzędzia brudzenia

Siedzimy sobie w ogródku pewnego lokalu - Alan, Pacia, Estelar i ja. Alan trochę marudny, więc zacna kelnerka wypożycza nam dwa zestawy domino i dzięki temu w trakcie konsumpcji możemy wszyscy dodatkowo dobodźcować umysł budowaniem różnych przemyślnych konstrukcji. W pewnym momencie pani zabierająca naczynia upuszcza przypadkiem nóż na nogawkę moich spodni.

- najf - trzeźwo zauważa Alan, bo się uczył z nianią angielskich nazw i mu się spodobały
- oj bardzo przepraszam, czy pana pobrudziłam? - zapytuje zatroskana kobieta

W tym momencie podnoszę do góry spoczywające na moich nogawkach podeszwy sandałków Alana i mówię:

- widzi Pani, ja tu mam znacznie skuteczniejsze narzędzia brudzenia
- gdybym był kobietą, to za ten tekst dałbym ci dupy - oznajmił Estelar upewniwszy się uprzednio, że Pani odeszła już na odległość zapewniającą dostateczną separację audialną
- nie będąc kobietą także możesz to zrobić - mówi na to moja cudownie racjonalna żona Pacia

Więcej o serii Nerdowskie dialogi.

Nerdowskie dialogi

Ten wpis rozpoczyna cykl tekstów, więc na początek spieszę z wyjaśnieniem skąd taki tytuł. Nerd znaczy tyle, co osoba wiedząca kim jest nerd. ;) Ten żart rekursywnej definicji uwypukla istotę nerdyzmu - posiadanie wiedzy.
"Nerd" to często, w zależności od kontekstu użycia, określenie o pejoratywnym wydźwięku - podobnie jak gay. Polskie odpowiedniki to np.: "jajogłowy", "wykształciuch", "przeintelektualizowany". Nie sądzę jednak, by ktoś był skłonny określać w ten sposób siebie samego, natomiast nerdzi najczęściej utożsamiają się głęboko ze swoją kondycją.
Elementy typowej charakterystyki nerda obejmują:

  • doskonałą biegłość w pewnej dziedzinie wiedzy - najczęściej więcej niż jednej
  • tematy zainteresowań związane z dziedzinami mocno abstrakcyjnymi, raczej dalekimi od praktyki życia codziennego, jak np.: matematyka, fizyka, informatyka, filozofia, filatelistyka, etc.
  • nieprzystosowanie społeczne
  • brak dbałości o wygląd zewnętrzny
  • skłonności eskapistyczne - ucieczka w krainę wyobraźni
  • wykonywanie codziennych czynności w sposób "inny" niż standardowy
  • czytanie wikipedii dla przyjemności - z samej pasji poznawczej
Nerdzi często świetnie się ze sobą dogadują - gorzej jeśli chodzi o komunikację społeczną. To rodzi przezabawne historie, a drzemiący tu potencjał komizmu sytuacyjnego skrzętnie wykorzystuje ostatnio show-biznes w takich produkcjach jak seriale "IT Crowd", czy "Big Bang Theory".
Nie ma co ukrywać - sam czuję się nerdem i większość dialogów na co dzień z nerdami prowadzę. Postanowiłem zatem spisywać co zabawniejsze sytuacje. Oto spis dotychczasowych wpisów:

niedziela, 17 lipca 2011

Pluton i Platon

Trafiłem na takie kuriozum i pokazałem Paci - jeden z zestawów klocków LEGO wydany w związku z emisją filmu Toy Story. A ona na to:

Platon by się załamał, gdyby zobaczył taki cień cienia cienia.

Idea wojownika, której wcieleniem są amerykańscy marines, których etos poznajemy w związku z filmami wojennymi o Wietnamie, które w istocie są antywojenne, ale dzieci o tym nie wiedzą, dlatego produkuje się dla nich adekwatne zabawki w kategorii "żołnierzyki". Takie właśnie postaci zostały sportretowane w filmie Toy Story, gdzie scenariusz odwołuje się do świata wyobraźni dziecka. Zielone figurki imitują zachowania domniemanych prawdziwych wojaków, ale poruszają się w dosyć szczególny sposób, ponieważ do ich stóp przytwierdzone są podstawki będące elementem paradygmatu żołnierzykowego.

Toy Story jest o tyle szczególny, że był pierwszą produkcją pełnometrażową stworzoną całkowicie przy użyciu generowanej komputerowo trójwymiarowej grafiki. Innymi słowy wszystko co widzimy na ekranie to tylko wizualizacja relacji matematycznych opisujących różne obiekty w wirtualnej przestrzeni (w sensie platońskim idealnej, abstrakcyjnej). Innymi słowy samo wrzucenie danych matematycznych na nośnik w postaci dysku twardego to pierwszy "cień" (w tym przypadku składający się z potencjałów magnetycznych). Wygenerowane klatki filmu to kolejny cień.

Sekwencje filmu pokazujące zielone militarne postaci, do tego stopnia wryły się odbiorcom w pamięć, że sensowna stała się produkcja zabawek, formą swoją nawiązujących do figurek z ekranu. Jednakże wykonanie wiernej plastikowej kopii kinowego żołnierzyka jest nieakceptowalne w paradygmacie klocków LEGO. Dlatego żołnierzykami zostały typowe "ludziki LEGO" (będące swoją drogą reprezentacją idei człowieka w ogóle), lecz w tym przypadku całkowicie zielone (tak jak uproszczony w celu obniżenia kosztów produkcji pierwowzór pierwowzoru). Elementem dopełniającym całość jest podstawka przytwierdzona do nóg ludzika, która w paradygmacie LEGO czyni go niezdolnym do niezależnego zginania nóg w stawie biodrowym. Innymi słowy te ludziki LEGO są celowo uczynione dysfunkcyjnymi, by stało się zadość formie adekwatnej z tą filmową.

Nie interesuje mnie, czy filozoficzni postmoderniści mają rację - skoro nie istnieje "prawda przez duże P", to nie ma też kryteriów pozwalających to sensownie rozstrzygnąć. ;) Bardziej dumam nad tym, w jakim świecie przyjdzie bytować Alanowi. Wszak te symulakra i symulacje stają się dla odbiorcy przezroczyste. Ja po prostu miałem w dzieciństwie żołnierzyki. Teraz widzę, że przez dwie i pół dekady nagle bardzo dużo w temacie żołnierzyków się zmieniło i myślę że rozumiem dlaczego. Ale dla dzieci które wchodzą w taką zastaną sytuację, to tło nie istnieje - jest kompletnie przezroczyste. W dodatku akceleracja zmian o których piszę zdaje się dokonywać w tempie wykładniczym.


Toy Story obejrzałem już jako dorosły człowiek, motywując się tym, iż w rozumieniu współczesnej kultury pomaga znajomość tak istotnego źródła memów. Była to wszak produkcja przełomowa i w dodatku kolejne wydania niezmiernie ważnego dla mnie debiana są nazywane imionami postaci z tej animacji. Potem obejrzałem jeszcze raz, by określić czy historia nadaje się dla Alana. W połowie wyłączyłem, stwierdziwszy że ilość pokazanej przemocy jest zbyt duża.

wtorek, 12 lipca 2011

Efekt szparagowy

Jeszcze jeden efekt zaobserwowany niedawno.

Zapach moczu po spożyciu szparagów

Ten efekt łatwo można przeoczyć (lub raczej przewęszyć), o ile się o nim nie wie. Wiedza ta jest z kolei brzemieniem, od którego nie sposób się uwolnić.

Zauważyłem że opowieści o zapachu moczu wprawiają moich rozmówców w pewną konsternację. Z pewnością od tego momentu przełamują oni kulturowe tabu w toalecie. Potem w sferze werbalnej już niekoniecznie. ;)

Efekt struny i okularów

Ten wpis daje początek nowemu tagowi "efekt".

Efekt powstaje wtedy, kiedy nasze działania przynoszą zgoła nieoczekiwane rezultaty. Chodzi o docierające ze zmysłów dane, które są nietypowe, zaskakujące, a czasem przy tym wysoce estetyczne. Opisy efektów są o tyle stymulujące, że pobudzają wyobraźnię.

Oto efekt zaobserwowany dzisiaj:

drgająca struna wiolonczeli dotknięta oprawką okularów

środa, 15 czerwca 2011

Sztuka dobrego umierania

Różne rzeczy można zobaczyć w sieci, różnego ciężaru gatunkowego. Trafiłem przypadkiem na coś, co wryło mi się w pamięć. Mam nadzieję pamiętać ten obraz jak najdłużej. Ciężar gatunkowy tego co zobaczycie wymyka się wszelkim klasyfikacjom:


To jest nagranie procesu umierania oraz samej śmierci mnicha dżinijskiego. Dżinizm ewoluował w Indiach, gdzie ma dzisiaj ok. 10-12 milionów wyznawców. Ze zgrozą odkryłem niedawno, że nic prawie nie wiem na temat tak istotnej światowej religii. Buddyzm przebił się do świadomości zachodniej, nie miejsce tu analizować z jakich powodów. Dżinizm pozostał mocno egzotyczny.

Liczba wyznawców dżinizmu jest relatywnie mała, lecz wpływ tej religii na kulturę światową znaczący, choć często nieuświadomiony. Prawdopodobnie stanowił on grunt dla rozwoju buddyzmu, jako religia i kultura od tego drugiego starsza. Wywierał też przez wieki przemożny wpływ na wszelkie ruchy religijne i filozoficzne półwyspu indyjskiego. Według znanych przekazów historycznych nigdy nie toczono wojny w imię dżinizmu. Zasadnicza różnica pomiędzy dwoma głównymi odłamami kultu polega na tym, że mnisi jednej denominacji noszą ubrania, a w przypadku drugiej są nadzy.

Gandhi był pod ogromnym wpływem dżinizmu. Filozofia nonviolance ma swe źródło w zasadzie ahinsa - szacunku dla wszelkiego życia, szczególnie czujących istot, ale także roślin. Zasadę tę symbolizuje dłoń stanowiąca ilustrację tego posta. Sam Gandhi, by pogodzić praktykę życia ze światopoglądem, został frutarianinem.

W dzieciństwie widziałem w telewizji dokument o Indiach. Jedna scena przedstawiała mnicha, który zanim postawił stopę, omiatał wpierw ziemię miotełką, by przypadkiem nie zgładzić jakiegoś insekta. Dżiniści zasłaniają też sobie maseczkami usta i nos, by zmniejszyć prawdopodobieństwo wchłonięcia robaków latających. Z praktykowaniem ahinsa wiążą się też posty i bezmięsna dieta. Wielu mnichów buddyjskich zjada mięso twierdząc, zresztą bardzo słusznie, iż zło tkwi w zabijaniu i sprawianiu w związku z tym cierpienia, nie zaś w spożywaniu martwych ciał czujących istot. Powszechna dieta wegetariańska w dżinizmie zdaje się jednak świadczyć o lepszej konceptualizacji związków przyczynowo skutkowych między popytem na produkty odzwierzęce, a podażą na nie.

Wracając do tematu posta, nie pokazuję tu cudzej śmierci, by nią epatować. Tego rodzaju zarzut byłby właśnie egzemplum stosowania zachodnich kategorii myślowych, o których zaraz. W tym wschodnim kulcie śmierć jest czymś wyraźnie innym, niż w kulturze zachodu. Z pewnością o różnicy tej stanowi głównie dżinijska wiara w reinkarnację.

Piękna jest śmierć tego mnicha, który doskonale świadomy, zna moment swego odejścia - nie ma w tym żadnej martyrologii. Nasza kultura przyzwyczaja nas by poszukiwać piękna w zgonach żołnierzy, policjantów, bohaterów, męczenników, etc., Chrystus wszak cierpiał umierając na krzyżu i w ten sposób ustanowił coś w rodzaju modelu szlachetnego cierpienia i zgonu. Przyozdabia się zatem często denatów poetyką kina wojennego, czy obrazowań patriotyczno-narodowych (wystarczy odpowiednio rzewna muzyka w backgroundzie gdy bohater umiera). Upiększać herosów mają sprawy za które walczą. Pod pewnymi warunkami piękne może być też bolesne umieranie chorego, szczególnie jeśli jakimś cudownym zrządzeniem losu śmierci się jednak wymknie, by konwencjonalnemu happy endowi stało się zadość. Zwykła śmierć znika kompletnie z firmamentu - jest ztabuizowana.

Oczywiście przez śmierć rozumiem tu umieranie i sam moment zatrzymania funkcji życiowych organizmu. Nie mam na myśli pogrzebów i lamentów, które dzieją się potem, bo tu zachodni rytuał jest nad wyraz rozbudowany. Ale na co dzień nie chcemy o śmierci pamiętać. "To know we can die is to be dead already". Umierających odwozimy do szpitali, by tam dokonali żywota, żeby dzieci nie oglądały. Umrzeć w domu to dziś niezwykły przywilej.

A przy tym umierającym dżiniście jest nie tyle rodzina, co jak można wnioskować, cała lokalna społeczność. Nie chodzi wyłącznie o obecność, mężczyźni wokół umierającego aktywnie mu pomagają - podtrzymują go, nieustannie dotykają. Odchodzenie, zrytualizowane w ten sposób, jest czymś zupełnie nam obcym. Może kiedyś bliższym, gdy umierało się w domu. Ale w realiach dzisiejszej sterylnej szpitalnej bieli i białych parawanów otaczających łóżko pacjenta który właśnie zszedł, to zupełna abstrakcja.

Umieranie w samotności, to pewnie jedna z tych bardziej niefajnych rzeczy które mogą nas w życiu spotkać. ;)

sobota, 11 czerwca 2011

Epos o Gilgameszu - epilog (XXIXw.)


Pierś jego na dwanaście łokci szeroka,
członek jego mierzy łokcie trzy.

Starosumeryjski epos o Gilgameszu, pierwsza połowa II tys. p.n.e.

Miał on takie długie prącie
że z phoebami żył w trójkącie.
Bo gdy współżył ze swą żoną
wychodziło drugą stroną.
Koniec co wystawał z tyłu
phoebe w siebie więc włożyłu.
Epilog by Pacia (XXIXw.).

Do ogarnięcia tych memów konieczna jest wcześniejsza lektura Perfekcyjnej Niedoskonałości Dukaja.